Tym razem ilościowo wypadłem dość marnie, choć w sierpniu raczej nie przytrafiały się zdarzenia powodujące spowolnienie procesu czytelniczego. Udało mi się ukończyć osiem lektur, z czego dwie to prawdziwe cegły (Erikson i Bacigalupi). Jestem też w jednej trzeciej Legionu Elżbiety Cherezińskiej, który również może się poszczycić sporą objętością. Więcej czasu, niż się spodziewałem, poświęciłem na Niedokończone opowieści Tolkiena, które może nie robią wrażenia obszernej książki, ale spory format i mała czcionka, sprawiają, że lektura nie należy do najkrótszych. Jakościowo sierpień okazał się niezły - sześć dobrych książek przy jednej przeciętnej i jednej bardzo słabej to satysfakcjonujący wynik.
Przy okazji chciałbym pogratulować Robertowi M. Wegnerowi podwójnego Zajdla (choć pewnie i tak tego nie przeczyta). Zasłużyłeś.
Dla karpia: All for One się czyta. Powinno się pojawić najpóźniej 10 września.
76. Niedokończone opowieści - J.R.R. Tolkien, Amber 2009
Książkę tę dojrzała Żona w taniej książce i postanowiła mi kupić w celu uzupełnienia biblioteczki Tolkienowskiej. Moje pierwsze podejście do Niedokończonych opowieści miało miejsce jeszcze za czasów licealnych; znalazłem to opracowanie w bibliotece osiedlowej, niestety z braku czasu nie udało mi się przebić nawet przez pierwszy tom z trzech (doczytałem do końca tylko historię przybycia Tuora do Gondolinu). Wydanie, które tym razem miałem w rękach zawiera wszystkie opowieści w jednym tomie i, choć nie poraża objętością, niewielka czcionka i duży format sprawiają, że jest to dość czasochłonna lektura. Jak wskazuje tytuł, poszczególne opowieści są niedokończone, niektóre są bardziej kompletne, inne zaś mocno poszatkowane, przeplatane komentarzami Christophera Tolkiena. Choć można odnieść wrażenie, że Tolkien junior żeruje na twórczości ojca, to jednak trzeba przyznać, że wybrane teksty doskonale uzupełniają historie znane z Silmarillionu, Władcy Pierścieni czy nawet Hobbita. Dobrze było też przypomnieć sobie po wielu latach elegancki styl, jakim posługiwał się profesor. Można żałować, że dziś mało kto pisze w ten sposób.
77. Zachcianki - antologia, Świat Książki 2012
Zbiór opowiadań odcinający kupony od popularności Pięćdziesięciu twarzy Greya kupiłem wyłącznie w celu zapoznania się z nominowanym do Nagrody Zajdla tekstem Jacka Dukaja. Niestety postanowiłem przebrnąć przez każdy popełniony na potrzeby książki utwór. Było to w większości przypadków bolesne doświadczenie. Jedynym pozytywnie odebranym opowiadaniem jest Idealny dzień lata Zygmunta Miłoszewskiego - niezłe sf o dość zaskakującym zakończeniu. Dukaj z kolei bardzo mnie zawiódł (choć po lekturze Króla bólu spodziewam się po nim tego typu pisarstwa), posługując się bełkotliwym językiem - pozostałe pięć zajdlowych tekstów oceniam dużo wyżej. O pozostałych tekstach mogę napisać tylko, że są nudne, często o niczym i bez wyraźnej puenty. Żal wydawać pieniędzy, tym bardziej, że z Dukajowym Portretem nietoty można się zapoznać bez uszczuplania zawartości portfela.
78. Bramy Domu Umarłych - Steven Erikson, MAG 2012
Drugi tom Malazańskiej Księgi Poległych przeważnie oceniany jest lepiej od Ogrodów Księżyca. W moim odczuciu jednak brakuje mu świeżości, którą miała pierwsza część. Oczywiście jest to świetnie napisana cegła, zawierająca wciągającą opowieść o przemarszu malazańskiej armii poprzez ziemie kontrolowane przez wrogie oddziały i początkach rebelii na ziemiach należących do cesarstwa, wszystko jak w poprzedniej części opisane z rozmachem, parę rzeczy jednak lekko kuleje. Nie byłem na przykład w stanie przywiązać się do bohaterów, jak na przykład do Sójeczki w Ogrodach... Zawodzi również zakończenie niektórych wątków - niby wszystko fajnie się rozwija, napięcie budowane jest bardzo umiejętnie, po czym trzeba się rozczarować. Może kolejne części bardziej mnie zachwycą.
79. Saga o Rubieżach. Tom II - Liliana Bodoc, Prószyński i S-ka 2013
Drugi tom polskiego wydania Sagi o Rubieżach kontynuuje historię starcia pomiędzy indianopodobnymi ludami, a Złem zza morza. Znów dostałem do rąk powieść, którą bardzo dobrze się czyta, napisaną świetnym, powiedziałbym nawet, że Tolkienowskim stylem (tak, tym, którym już mało kto pisze). Jest to świetna literatura z interesującymi bohaterami (za wyjątkiem Nanahuatli, która jest niesamowicie irytująca), od której ciężko się oderwać. Autorka postanowiła tym razem przedstawić też wydarzenia rozgrywające się na Starych Ziemiach, które, choć w pierwszym odruchu uznałem za niepotrzebne dla fabuły, to jednak odgrywają znaczącą rolę w starciu ludzi z Misaianesem. Zostałem zauroczony światem przedstawionym, choć tym razem dostrzegam więcej wad niż w pierwszym tomie.
80. Nakręcana dziewczyna / Pompa numer sześć - Paolo Bacigalupi, MAG 2011
Wydawnictwo MAG chyba naprawdę lubi w ramach Uczty Wyobraźni upychać więcej niż jedną książkę do jednego tomu. Tym razem połączony został zbiór opowiadań Pompa numer sześć z powieścią Nakręcana dziewczyna. Opowiadania to przeważnie rozgrywające się w niedalekiej przyszłości cyberpunkowo-postapokaliptyczne historie, często przedstawiające wizję świata, gdzie skończyły się surowce lub który jest mocno zdegradowany ekologicznie. Choć podobały mi się wszystkie, bez wyjątku, to zdecydowanie najmocniejszym punktem zbioru są Ludzie piasku i popiołu - bohaterowie są efektem działania bioinżynierów, świat ich otaczający jest nieprzyjazny dla życia, jakie znamy, a tu nagle na scenę wkracza pies, najzwyklejszy domowy Burek i robi się ciekawie. Zdecydowanie warto przeczytać. Drugą część książki stanowi powieść rozwijająca świat przedstawiony w jednym z opowiadań zatytułowanym Człowiek z żółtą kartą. Ciekawym pomysłem jest umieszczenie akcji w Tajlandii, jedynym kraju, który opiera się władzy korporacji bioinżynieryjnych i jest niezależny od obcych dostarczycieli żywności. Bardzo dobrze przedstawione zostały rozgrywki na wysokich szczeblach władzy, a postaci są żywe i dają się lubić. Jedynym mankamentem powieści jest to, że momentami nuży, na szczęście nie są to zbyt długie fragmenty. Zdecydowanie warto zapoznać się z opublikowanymi utworami, choć ze zdobyciem tego wydania może być problem.
81. Mona Liza turbo - William Gibson, Książnica 2009
Ostatnia część Trylogii Ciągu początkowo wprowadziła mnie w stan zagubienia, nie wiedziałem, o co chodzi i co to w ogóle jest za historia. Mam wrażenie, że tak to już jest z Gibsonem, że wrzuca czytelnika w sam środek akcji bez opisania świata, w którym przychodzi się poruszać bohaterom. W dalszej części powieści wszystko zaczyna się zazębiać i, choć tym razem fabuła nie zachwyca, to jednak można się z nią zapoznawać bezboleśnie. Akcja toczy się kilka lat po wydarzeniach z Grafa Zero i ładnie kończy wątki w nim zaczęte. Autor wspomina nawet, co się stało z Casem, bohaterem Neuromancera, i za to należy mu się plus. Niestety rozczarowałem się zakończeniem, pozostawiło ono u mnie ogromny niedosyt. Brakowało mi też odpowiedniej cyberpunkowej dynamiki akcji i tak odczuwalnego i w Neuromancerze, i w Grafie Zero życia na krawędzi. Poprzednie tomy były pod tym względem lepsze.
82. Hiroszima - John Hersey, Zysk i S-ka 2013
Bardzo obrazowy reportaż prezentujący życie sześciorga osób, które przeżyły wybuch bomby w Hiroszimie. Autor pierwszy raz odwiedził zbombardowane miasto w 1946 roku. Wówczas miał okazję porozmawiać z jego mieszkańcami i na podstawie tych rozmów stworzył pierwszą wersję książki, która stanowi pierwsze cztery rozdziały Hiroszimy. Wrócił tam czterdzieści lat później, aby sprawdzić, jak potoczyły się losy opisywanych przez niego bohaterów, a to, czego się dowiedział, zebrał w ostatni rozdział książki. Nastrój towarzyszący zagładzie został doskonale oddany, najważniejsze jednak dla mnie jest zakończenie utworu - przeważnie mocno przygnębiające historie życia ludzi, którym się udało przeżyć i którzy musieli sobie poradzić z piętnem choroby popromiennej. Autor nie ocenia słuszności zrzucenia bomby, ogranicza się jedynie do opisywania faktów, co znacząco podnosi wartość Hiroszimy jako reportażu.
83. Japoński wachlarz. Powroty - Joanna Bator, W.A.B. 2011
Problem podczas czytania kolejnych książek o Japonii jest taki, że ma się wrażenie, że o wszystkim czytało się już gdzieś indziej; bardzo rzadko w jednym opracowaniu pojawią się informacje, które nie są powtórzone gdzie indziej. Podobnie rzecz ma się z Japońskim wachlarzem Joanny Bator. Jest to kolejna książka, która przybliża w Polsce życie Japończyków, tym razem skupiając się na mieszkańcach Tokio. Standardowo muszą się więc pojawić rozdziały o kuchni, łaźniach, języku, japońskiej seksualności, natłoku zwrotów grzecznościowych, zdejmowaniu butów i podejściu mieszkańców Kraju Wschodzącego Jena do gaijinów. Bator wszystkie te informacje podaje przystępnym stylem, bez puszenia się i obrastania w piórka z powodu swojej wiedzy. W pewnych momentach otwarcie przyznaje się, że czegoś na dany temat nie wie, nie jest pewna, ale słyszała od kogoś itd. Podoba mi się takie podejście do sprawy. Wartość książki podnoszą też fragmenty, których ciężko szukać w innych publikacjach - opisane relacje z prostytutką, czy relacja z obchodów pewnych świąt. Z całą pewnością jest to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o Cesarstwie, napisana może w dużo poważniejszy sposób niż Bezsenność w Tokio, ale nadal pozwalający na połknięcie lektury w dwa wieczory (choć mi w szybkim ukończeniu pomogła podróż pociągiem Kraków-Warszawa i kolejka do akredytacji na Polconie).
poniedziałek, 2 września 2013
środa, 31 lipca 2013
Przeczytane. Lipiec 2013
Lipiec w zasadzie za nami. Wśród upałów udało mi się sięgnąć po jedenaście tytułów, co łącznie daje już 75 pozycji w siedem miesięcy. Tylko jakiś kataklizm może mi przeszkodzić w dobiciu do stu książek w ciągu roku. Zadowolony tym razem jestem z objętości książek - w dwóch przypadkach były to cegły liczące po ponad siedemset stron. Udało mi się przeczytać trochę klasyki fantastycznej, zaliczyłem też kilka stojących na wysokim poziomie pozycji fantasy, nieco zawiodła mnie natomiast literatura japońskotematyczna. Pozytywnie zapatruję się zaś na Archiwum Polskiej Fantastyki Solarisu. Na razie przeczytałem pierwsze dwie powieści z serii i zrobiły one na mnie dobre wrażenie, choć oczywiście trzeba brać poprawkę na datę ich powstania (podobnie jest zresztą w przypadku Świata Czarownic). Ogólnie jestem zadowolony z poziomu lipcowych lektur - trzy z nich wskoczyły do tegorocznego Top 10.
65. Ogrody Księżyca - Steven Erikson, MAG 2012
Po Malazańską Księgę Poległych postanowiłem sięgnąć w ramach zapoznawania się z lekturami, których fanowi fantastyki nie wypada nie znać. Apetyt zaostrzał fakt, że o cyklu Eriksona sporo dobrego słyszałem od znajomych. Tym, co zachwyca jest rozmach utworu - wielkie kampanie wojskowe, jeszcze większe intrygi, mnogość stronnictw. Do tego wychodzi bardzo sprawnie wykreowany świat i bohaterowie, których daje się lubić, mimo że w wielu przypadkach nie są oni jednoznacznie pozytywni, a część z nich zasługuje na miano typów spod ciemnej gwiazdy. Fabuła toczy się w szybkim tempie, ale ani przez moment nie ma się wrażenia nienadążania za nią. Dobrze, że większość wątków znalazła swoje zakończenie, a jednocześnie autor pozostawił kilka otwartych furtek do rozwinięcia akcji w kolejnych tomach. Dawno nie czytałem tak dobrego fantasy.
66. Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii - Rafał Tomański, Muza 2012
Kolejna lektura podrzucona przez Żonę jako przygotowanie do podróży poślubnej. Pochwalić należy wartość merytoryczną tekstu, można się z niego sporo dowiedzieć o japońskiej kulturze i zwyczajach, jak i o samych Japończykach. Gdzieniegdzie jednak autor jako fakty przedstawia rzeczy, które Bruczkowski w Bezsenności w Tokio określa jako mity na temat Japonii obowiązujące wśród gaijinów. Pozostaje pytanie, komu wierzyć - ja wybieram Bruczkowskiego. Niestety książka Tomańskiego jest jedynie zbiorem suchych informacji, w związku z tym nie porywa tak jak wspomniana Bezsenność.... Do tego tekst sprawia wrażenie pisanego z perspektywy "ja się znam i nikt inny wam takich mądrości nie przedstawi", a ponadto wydaje mi się, że sporo danych autor wynalazł w internecie (o czym świadczy pokaźna lista linków na końcu książki). Dowiedzieć się można sporo, choć forma przekazania wiadomości pozostawia nieco do życzenia.
67. Imperium - Vladimir Wolff, Warbook 2013
Trzecia książka Wolffa, po którą sięgnąłem, niestety okazała się najsłabszą z nich. Nie oznacza to jednak, że jest to zła powieść. Tym razem autor umieszcza akcję swojego utworu pod koniec XVI wieku na wodach Morza Śródziemnego i opowiada o próbie zdominowania tego akwenu przez Turków. Wydarzenia historyczne przedstawione są z dużą dbałością o zgodność z faktami, do czego twórczość Wolffa zdążyła mnie już przyzwyczaić. Niestety na koncentracji uwagi na wojnie turecko-chrześcijańskiej tracą bohaterowie, którym brakuje głębi i którzy sprawiają wrażenie, że są jedynie pretekstem do zapoznania czytelnika z wycinkiem historii Europy. Wadą jest również zakończenie powieści - przewidywalne, nawet jeśli czytelnik jest z historią na bakier. W efekcie w moje ręce trafiła książka mocno przeciętna.
68. Świat Czarownic - Andre Norton, Nasza Księgarnia 2013
Na książkach Naszej Księgarni uczyłem się czytać. Teraz to samo wydawnictwo umożliwia mi zapoznanie się z klasyką literatury fantasy w postaci cyklu Andre Norton. Postanowiłem zabrać się za lekturę, porzucając perspektywę roku 2013 - wiadomo, że dzisiaj tego typu utworów jest masa i przeważnie są one marnej jakości, a sama powieść Norton nie wyróżnia się jakoś szczególnie spośród innych książek należących do gatunku. Jednak w roku 1963, kiedy powstała, była czymś naprawdę solidnym. Akcja toczy się w ekspresowym tempie, główny bohater, przeniesiony z naszego XX wieku do tytułowego Świata Czarownic Simon, okazuje się mieć w nowej czasoprzestrzeni niezwykłe moce - jest tu wszystko, co powinno być w klasycznym, oldschoolowym fantasy. Oprócz elfów. Drażnią mnie tylko dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest zdolność niesamowicie i nienaturalnie szybkiego odnajdywania się Simona w obcej scenerii. Druga zaś to wątek Loyse, który został zaczęty, a któremu później obcięto skrzydła i poświęcono bardzo mało uwagi. Mam nadzieję, że kolejny tom sprawi, że nie będę się miał do czego przyczepić.
69. Graf Zero - William Gibson, Książnica 2009
Książkę dostałem na Mikołajki od Wtedy-Jeszcze-Narzeczonej. Gibson po raz kolejny zabiera nas do cyberpunkowego świata Trylogii Ciągu. Akcja ma miejsce kilka lat po wydarzeniach z Neuromancera, a bohaterowie znani z poprzedniej części w Grafie Zero występują jedynie w śladowych ilościach. Jak za pierwszym razem, tak i tu wydarzenia toczą się wartko, przez co ciężko się oderwać od lektury, kiedy już przebrnie się przez chaotyczne pierwszych kilkadziesiąt stron. Znów mamy do czynienia z hakerami (po raz kolejny autor świetnie kreuje wizję sieci), tym razem jednak Gibson prezentuje również konflikty interesów pomiędzy korporacjami. Nie bardzo rozumiem tylko, jaki był sens wprowadzać w to wszystko voodoo. Ponadto w czasie lektury nasunęło mi się jeszcze jedno spostrzeżenie (miałem takie wrażenie również przy lekturze Neuromancera, ale jakoś mi umknęło, gdy pisałem poprzednią notkę) - Gibson nie radzi sobie ze scenami erotycznymi. Niestety nieco się zawiodłem na Grafie Zero. Nie dlatego, że uważam go za słabą książkę; jest to bowiem kawał solidnej cyberpunkowej opowieści. Wiem jednak, że Gibsona stać na więcej, co udowodnił Neuromancerem.
70. Messier 13 - Bohdan Petecki, Solaris 2013
To jest właśnie takie science fiction, jakie lubię - podróże kosmiczne i eksploracja nowo odkrytych planet, a zwłaszcza jej romantyczna wizja z lat 60. i 70. ubiegłego stulecia niezmiennie mnie zachwycają. Taki utwór napisał Bohdan Petecki, autor, z którego nazwiskiem zetknąłem się po raz pierwszy dopiero, gdy Wojtek Sedeńko postanowił wydawać nieosiągalną już dziś fantastykę. Główny bohater to pracownik Słonecznej Agencji Ochrony, którego zadaniem jest ochrona ludzkości przez potencjalnymi zagrożeniami z kosmosu - odmienną florą bakteryjną lub agresywnymi obcymi. Powieść opowiada o kontakcie z istotami z innej planety, których intencje są powoli odkrywane w trakcie lektury. Przedstawiona wizja jest mocno naiwna i wywołuje lekki uśmiech politowania, ale jak się obejrzało Star Trek TOS, pewne rzeczy nie powinny dziwić. Wciągnęło mnie, choć musiałem brać poprawkę na datę powstania utworu.
71. Elektryczne banany - Mirosław P. Jabłoński, Solaris 2013
Satyryczna wizja przyszłości, w której rolę państw przejęły korporacje. Akcja toczy się wokół konfliktu pomiędzy Hollywood a Nowym Watykanem - ci pierwsi tworzą bluźniercze pseudodzieła, ci drudzy nakładają na nich klątwy. W tym wszystkim pojawia się Gaspar Romeo Homer, podrzędny filmowiec, który dostaje od władcy Hollywood zlecenie napisania scenariusza do filmu o zamachu na papieża. Ostatecznie Jabłoński napisał trzysta stron tekstu, z których większość jest humorystyczna, aby na koniec zadać kilka pytań o naturę Boga i rzeczywistości. Na szczęście całość stoi na dość wysokim poziomie, nawet wątek kinematografii pornograficznej nie wywołał u mnie zniesmaczenia, co rzadko się zdarza. Z Elektrycznych bananów mógłby być niezły film.
72. Japonia w sześciu smakach - Anna Świątek, Bernardinum 2012
Wojciech Cejrowski, który patronuje serii Biblioteka Poznaj Świat, twierdzi, że wybiera wyłącznie książki stojące na wysokim poziomie. Tym razem niestety się pomylił. Autorka jest absolwentką japonistyki, która spędziła w charakterze tłumacza rok w Japonii. Niestety książka, którą urodziła, jest raczej pamiętnikiem turysty, a nie porządną literaturą podróżniczą. Owszem, można się sporo dowiedzieć o zwyczajach Japończyków, ale odniosłem wrażenie, że informacje o nich są tylko tłem do opisów, jak Świątek radziła sobie z przeciwnościami losu. Dowiedziałem się, że w kimonie ciężko wyławia się aparat fotograficzny z rzeki (zamiast poznać więcej szczegółów na temat ekskluzywnej kolacji nad rzeką w Kioto), że daniele w Narze gryzą po łydkach, jak nie dostaną jedzenia od turysty (no dobrze, zamierzam odwiedzić Narę, więc taka informacja może mi się przydać) i że Japonki mają krzywe zęby, a autorka depiluje włosy łonowe. Największym koszmarem jest zaś brak możliwości zrobienia balejażu (dopiero Żona musiała mi wyjaśnić, co to za zwierzę). Do tego wszystkiego Świątek sprawia wrażenie, jakby stawiała się wyżej od prymitywnych i niemyślących inaczej niż schematami Japończyków. Pozytywnie oceniam w zasadzie tylko rozdział dotyczący gejsz. I zdjęcia, masę interesujących zdjęć.
73. Wroniec - Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie 2009
Do twórczości Dukaja podchodzę jak pies do jeża. Niby mam na półce wszystkie jego książki opublikowane przez Wydawnictwo Literackie, ale do tej pory zapoznałem się jedynie z Królem bólu, ponadto miałem również styczność z Science fiction. W obu przypadkach odbiłem się od Dukajowego bełkotu, przez niektórych zwanego wspaniałym stylem. O Wrońcu zaś ciepło wypowiadała się koleżanka z pracy i jakoś tak się złożyło, że przekonałem się do sięgnięcia po niego. Okazało się, że Dukaj potrafi zachwycić kreacją świata przedstawionego, a do tego naprawdę pisze świetnym stylem. Tym razem na tapetę wzięty zostaje stan wojenny oglądany z perspektywy kilkuletniego Adasia. Autor doskonale tworzy nastrój bajkowo-fantasmagorycznego świata. Utwór ma formę bajki dla dzieci i jako taki ozdobiony jest licznymi ilustracjami (przyznać jednak muszę, że ich styl nie przypadł mi do gustu). We Wrońcu zachwyca też słowotwórstwo widoczne zwłaszcza przy kreowaniu zarówno milicyjno-ubeckiego, jak i opozycyjnego "bestiariusza". Urzekła mnie ta opowieść.
74. Śniąc o potędze - antologia, Narodowe Centrum Kultury 2012
Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz znani są z łamów Nowej Fantastyki, gdzie publikują artykuły o fantastyce z lamusa. Tym razem postanowili zebrać i przedstawić fragmenty przedwojennych polskich utworów science-fiction, których autorzy prezentują różne przyszłe, z ówczesnego punktu widzenia, wizje Polski. Mamy tu różne wyobrażenia - od mocarstwowego obrazu naszego kraju, przez epokę kolonialną, po katastroficzne wizje przyszłości. Teksty te często są przykładem grafomaństwa i ciężko się je czyta, tym bardziej, że zostały zachowane oryginalne skład i pisownia, ale warto się z nimi zapoznać z samej ciekawości dowiedzenia się, jak rozwinięte było wizjonerstwo pisarzy sprzed 90 lat. Szkoda, że redaktorzy postanowili wybrać fragmenty powieści zamiast pełnych opowiadań, przez co lektura zbioru pozostawia pewien niedosyt. Ciekawie wypadają natomiast wprowadzenia Haski i Stachowicza do poszczególnych rozdziałów. W przystępny sposób przybliżają oni przedwojenną twórczość realizującą dany temat, czasem jednak za bardzo zagłębiają się w fabułę omawianych utworów. Z całą pewnością książka ta jest ciekawą pozycją na rynku wydawniczym, ale obowiązkową bym jej nie nazwał.
75. Saga o Rubieżach. Tom I - Liliana Bodoc, Prószyński i S-ka 2012
Po reprezentanta argentyńskiej literatury fantasy sięgnąłem dzięki maksymalnej nocie dla książki w recenzjach Nowej Fantastyki. Miałem początkowo obawy, że wysoka ocena wynika z faktu, że Sagę o Rubieżach i NF wydaje to samo wydawnictwo, ale lektura powieści całkowicie je rozwiała, a notę uzasadniła. Pewne elementy fabuły mogą się wydawać sztampowe - na spokojnie żyjące ludy czyha niebezpieczeństwo zza morza - ale sama akcja poprowadzona jest sprawnie, płynnie, stylem przywodzącym na myśl mitologię, a do tego momentami mocno zaskakuje. Warto też wspomnieć, że jest to fantasy osadzone w realiach indiańskich, a nie nordyckich, co tylko dodaje mu oryginalności. Bardzo spodobał mi się pomysł wydania dwóch oryginalnych tomów w jednym woluminie - co prawda książka osiąga przez to rozmiary cegły, ale przynajmniej nie trzeba za nią płacić dwa razy. Intrygujące i na tym etapie nie do końca zrozumiałe jest jej zakończenie, które sprawia, że chce się sięgnąć po kolejny tom.
65. Ogrody Księżyca - Steven Erikson, MAG 2012
Po Malazańską Księgę Poległych postanowiłem sięgnąć w ramach zapoznawania się z lekturami, których fanowi fantastyki nie wypada nie znać. Apetyt zaostrzał fakt, że o cyklu Eriksona sporo dobrego słyszałem od znajomych. Tym, co zachwyca jest rozmach utworu - wielkie kampanie wojskowe, jeszcze większe intrygi, mnogość stronnictw. Do tego wychodzi bardzo sprawnie wykreowany świat i bohaterowie, których daje się lubić, mimo że w wielu przypadkach nie są oni jednoznacznie pozytywni, a część z nich zasługuje na miano typów spod ciemnej gwiazdy. Fabuła toczy się w szybkim tempie, ale ani przez moment nie ma się wrażenia nienadążania za nią. Dobrze, że większość wątków znalazła swoje zakończenie, a jednocześnie autor pozostawił kilka otwartych furtek do rozwinięcia akcji w kolejnych tomach. Dawno nie czytałem tak dobrego fantasy.
66. Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii - Rafał Tomański, Muza 2012
Kolejna lektura podrzucona przez Żonę jako przygotowanie do podróży poślubnej. Pochwalić należy wartość merytoryczną tekstu, można się z niego sporo dowiedzieć o japońskiej kulturze i zwyczajach, jak i o samych Japończykach. Gdzieniegdzie jednak autor jako fakty przedstawia rzeczy, które Bruczkowski w Bezsenności w Tokio określa jako mity na temat Japonii obowiązujące wśród gaijinów. Pozostaje pytanie, komu wierzyć - ja wybieram Bruczkowskiego. Niestety książka Tomańskiego jest jedynie zbiorem suchych informacji, w związku z tym nie porywa tak jak wspomniana Bezsenność.... Do tego tekst sprawia wrażenie pisanego z perspektywy "ja się znam i nikt inny wam takich mądrości nie przedstawi", a ponadto wydaje mi się, że sporo danych autor wynalazł w internecie (o czym świadczy pokaźna lista linków na końcu książki). Dowiedzieć się można sporo, choć forma przekazania wiadomości pozostawia nieco do życzenia.
67. Imperium - Vladimir Wolff, Warbook 2013
Trzecia książka Wolffa, po którą sięgnąłem, niestety okazała się najsłabszą z nich. Nie oznacza to jednak, że jest to zła powieść. Tym razem autor umieszcza akcję swojego utworu pod koniec XVI wieku na wodach Morza Śródziemnego i opowiada o próbie zdominowania tego akwenu przez Turków. Wydarzenia historyczne przedstawione są z dużą dbałością o zgodność z faktami, do czego twórczość Wolffa zdążyła mnie już przyzwyczaić. Niestety na koncentracji uwagi na wojnie turecko-chrześcijańskiej tracą bohaterowie, którym brakuje głębi i którzy sprawiają wrażenie, że są jedynie pretekstem do zapoznania czytelnika z wycinkiem historii Europy. Wadą jest również zakończenie powieści - przewidywalne, nawet jeśli czytelnik jest z historią na bakier. W efekcie w moje ręce trafiła książka mocno przeciętna.
68. Świat Czarownic - Andre Norton, Nasza Księgarnia 2013
Na książkach Naszej Księgarni uczyłem się czytać. Teraz to samo wydawnictwo umożliwia mi zapoznanie się z klasyką literatury fantasy w postaci cyklu Andre Norton. Postanowiłem zabrać się za lekturę, porzucając perspektywę roku 2013 - wiadomo, że dzisiaj tego typu utworów jest masa i przeważnie są one marnej jakości, a sama powieść Norton nie wyróżnia się jakoś szczególnie spośród innych książek należących do gatunku. Jednak w roku 1963, kiedy powstała, była czymś naprawdę solidnym. Akcja toczy się w ekspresowym tempie, główny bohater, przeniesiony z naszego XX wieku do tytułowego Świata Czarownic Simon, okazuje się mieć w nowej czasoprzestrzeni niezwykłe moce - jest tu wszystko, co powinno być w klasycznym, oldschoolowym fantasy. Oprócz elfów. Drażnią mnie tylko dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest zdolność niesamowicie i nienaturalnie szybkiego odnajdywania się Simona w obcej scenerii. Druga zaś to wątek Loyse, który został zaczęty, a któremu później obcięto skrzydła i poświęcono bardzo mało uwagi. Mam nadzieję, że kolejny tom sprawi, że nie będę się miał do czego przyczepić.
69. Graf Zero - William Gibson, Książnica 2009
Książkę dostałem na Mikołajki od Wtedy-Jeszcze-Narzeczonej. Gibson po raz kolejny zabiera nas do cyberpunkowego świata Trylogii Ciągu. Akcja ma miejsce kilka lat po wydarzeniach z Neuromancera, a bohaterowie znani z poprzedniej części w Grafie Zero występują jedynie w śladowych ilościach. Jak za pierwszym razem, tak i tu wydarzenia toczą się wartko, przez co ciężko się oderwać od lektury, kiedy już przebrnie się przez chaotyczne pierwszych kilkadziesiąt stron. Znów mamy do czynienia z hakerami (po raz kolejny autor świetnie kreuje wizję sieci), tym razem jednak Gibson prezentuje również konflikty interesów pomiędzy korporacjami. Nie bardzo rozumiem tylko, jaki był sens wprowadzać w to wszystko voodoo. Ponadto w czasie lektury nasunęło mi się jeszcze jedno spostrzeżenie (miałem takie wrażenie również przy lekturze Neuromancera, ale jakoś mi umknęło, gdy pisałem poprzednią notkę) - Gibson nie radzi sobie ze scenami erotycznymi. Niestety nieco się zawiodłem na Grafie Zero. Nie dlatego, że uważam go za słabą książkę; jest to bowiem kawał solidnej cyberpunkowej opowieści. Wiem jednak, że Gibsona stać na więcej, co udowodnił Neuromancerem.
70. Messier 13 - Bohdan Petecki, Solaris 2013
To jest właśnie takie science fiction, jakie lubię - podróże kosmiczne i eksploracja nowo odkrytych planet, a zwłaszcza jej romantyczna wizja z lat 60. i 70. ubiegłego stulecia niezmiennie mnie zachwycają. Taki utwór napisał Bohdan Petecki, autor, z którego nazwiskiem zetknąłem się po raz pierwszy dopiero, gdy Wojtek Sedeńko postanowił wydawać nieosiągalną już dziś fantastykę. Główny bohater to pracownik Słonecznej Agencji Ochrony, którego zadaniem jest ochrona ludzkości przez potencjalnymi zagrożeniami z kosmosu - odmienną florą bakteryjną lub agresywnymi obcymi. Powieść opowiada o kontakcie z istotami z innej planety, których intencje są powoli odkrywane w trakcie lektury. Przedstawiona wizja jest mocno naiwna i wywołuje lekki uśmiech politowania, ale jak się obejrzało Star Trek TOS, pewne rzeczy nie powinny dziwić. Wciągnęło mnie, choć musiałem brać poprawkę na datę powstania utworu.
71. Elektryczne banany - Mirosław P. Jabłoński, Solaris 2013
Satyryczna wizja przyszłości, w której rolę państw przejęły korporacje. Akcja toczy się wokół konfliktu pomiędzy Hollywood a Nowym Watykanem - ci pierwsi tworzą bluźniercze pseudodzieła, ci drudzy nakładają na nich klątwy. W tym wszystkim pojawia się Gaspar Romeo Homer, podrzędny filmowiec, który dostaje od władcy Hollywood zlecenie napisania scenariusza do filmu o zamachu na papieża. Ostatecznie Jabłoński napisał trzysta stron tekstu, z których większość jest humorystyczna, aby na koniec zadać kilka pytań o naturę Boga i rzeczywistości. Na szczęście całość stoi na dość wysokim poziomie, nawet wątek kinematografii pornograficznej nie wywołał u mnie zniesmaczenia, co rzadko się zdarza. Z Elektrycznych bananów mógłby być niezły film.
72. Japonia w sześciu smakach - Anna Świątek, Bernardinum 2012
Wojciech Cejrowski, który patronuje serii Biblioteka Poznaj Świat, twierdzi, że wybiera wyłącznie książki stojące na wysokim poziomie. Tym razem niestety się pomylił. Autorka jest absolwentką japonistyki, która spędziła w charakterze tłumacza rok w Japonii. Niestety książka, którą urodziła, jest raczej pamiętnikiem turysty, a nie porządną literaturą podróżniczą. Owszem, można się sporo dowiedzieć o zwyczajach Japończyków, ale odniosłem wrażenie, że informacje o nich są tylko tłem do opisów, jak Świątek radziła sobie z przeciwnościami losu. Dowiedziałem się, że w kimonie ciężko wyławia się aparat fotograficzny z rzeki (zamiast poznać więcej szczegółów na temat ekskluzywnej kolacji nad rzeką w Kioto), że daniele w Narze gryzą po łydkach, jak nie dostaną jedzenia od turysty (no dobrze, zamierzam odwiedzić Narę, więc taka informacja może mi się przydać) i że Japonki mają krzywe zęby, a autorka depiluje włosy łonowe. Największym koszmarem jest zaś brak możliwości zrobienia balejażu (dopiero Żona musiała mi wyjaśnić, co to za zwierzę). Do tego wszystkiego Świątek sprawia wrażenie, jakby stawiała się wyżej od prymitywnych i niemyślących inaczej niż schematami Japończyków. Pozytywnie oceniam w zasadzie tylko rozdział dotyczący gejsz. I zdjęcia, masę interesujących zdjęć.
73. Wroniec - Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie 2009
Do twórczości Dukaja podchodzę jak pies do jeża. Niby mam na półce wszystkie jego książki opublikowane przez Wydawnictwo Literackie, ale do tej pory zapoznałem się jedynie z Królem bólu, ponadto miałem również styczność z Science fiction. W obu przypadkach odbiłem się od Dukajowego bełkotu, przez niektórych zwanego wspaniałym stylem. O Wrońcu zaś ciepło wypowiadała się koleżanka z pracy i jakoś tak się złożyło, że przekonałem się do sięgnięcia po niego. Okazało się, że Dukaj potrafi zachwycić kreacją świata przedstawionego, a do tego naprawdę pisze świetnym stylem. Tym razem na tapetę wzięty zostaje stan wojenny oglądany z perspektywy kilkuletniego Adasia. Autor doskonale tworzy nastrój bajkowo-fantasmagorycznego świata. Utwór ma formę bajki dla dzieci i jako taki ozdobiony jest licznymi ilustracjami (przyznać jednak muszę, że ich styl nie przypadł mi do gustu). We Wrońcu zachwyca też słowotwórstwo widoczne zwłaszcza przy kreowaniu zarówno milicyjno-ubeckiego, jak i opozycyjnego "bestiariusza". Urzekła mnie ta opowieść.
74. Śniąc o potędze - antologia, Narodowe Centrum Kultury 2012
Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz znani są z łamów Nowej Fantastyki, gdzie publikują artykuły o fantastyce z lamusa. Tym razem postanowili zebrać i przedstawić fragmenty przedwojennych polskich utworów science-fiction, których autorzy prezentują różne przyszłe, z ówczesnego punktu widzenia, wizje Polski. Mamy tu różne wyobrażenia - od mocarstwowego obrazu naszego kraju, przez epokę kolonialną, po katastroficzne wizje przyszłości. Teksty te często są przykładem grafomaństwa i ciężko się je czyta, tym bardziej, że zostały zachowane oryginalne skład i pisownia, ale warto się z nimi zapoznać z samej ciekawości dowiedzenia się, jak rozwinięte było wizjonerstwo pisarzy sprzed 90 lat. Szkoda, że redaktorzy postanowili wybrać fragmenty powieści zamiast pełnych opowiadań, przez co lektura zbioru pozostawia pewien niedosyt. Ciekawie wypadają natomiast wprowadzenia Haski i Stachowicza do poszczególnych rozdziałów. W przystępny sposób przybliżają oni przedwojenną twórczość realizującą dany temat, czasem jednak za bardzo zagłębiają się w fabułę omawianych utworów. Z całą pewnością książka ta jest ciekawą pozycją na rynku wydawniczym, ale obowiązkową bym jej nie nazwał.
75. Saga o Rubieżach. Tom I - Liliana Bodoc, Prószyński i S-ka 2012
Po reprezentanta argentyńskiej literatury fantasy sięgnąłem dzięki maksymalnej nocie dla książki w recenzjach Nowej Fantastyki. Miałem początkowo obawy, że wysoka ocena wynika z faktu, że Sagę o Rubieżach i NF wydaje to samo wydawnictwo, ale lektura powieści całkowicie je rozwiała, a notę uzasadniła. Pewne elementy fabuły mogą się wydawać sztampowe - na spokojnie żyjące ludy czyha niebezpieczeństwo zza morza - ale sama akcja poprowadzona jest sprawnie, płynnie, stylem przywodzącym na myśl mitologię, a do tego momentami mocno zaskakuje. Warto też wspomnieć, że jest to fantasy osadzone w realiach indiańskich, a nie nordyckich, co tylko dodaje mu oryginalności. Bardzo spodobał mi się pomysł wydania dwóch oryginalnych tomów w jednym woluminie - co prawda książka osiąga przez to rozmiary cegły, ale przynajmniej nie trzeba za nią płacić dwa razy. Intrygujące i na tym etapie nie do końca zrozumiałe jest jej zakończenie, które sprawia, że chce się sięgnąć po kolejny tom.
poniedziałek, 1 lipca 2013
Przeczytane. Czerwiec 2013
Czerwiec za mną. Dwa wesela, w tym jedno własne, podziałały negatywnie na tempo czytania i sprawiły, że zaliczyłem tylko dziewięć sztuk. Nie pomógł nawet fakt, że Żona znów została wysłana w delegację i nie mam się do kogo w domu odezwać. Większość przeczytanych utworów na szczęście oceniam bardzo wysoko. Ponieważ jest już po ogłoszeniu nominacji do Nagrody Zajdla, wiem, że Bisy Stefana Dardy takowej nie otrzymały, co owocuje poczuciem straconego czasu przeznaczonego na lekturę jego twórczości. O samych nominacjach miałem coś napisać, ale mi się nie chce, wolę przeznaczyć czas na kolejne lektury. W drogę.
56. Neuromancer - William Gibson, Książnica 2009
Tę kultową cyberpunkową powieść kupiłem na drogę powrotną z Pyrkonu 2009. Jakoś tak się złożyło, że w pociągu przeczytałem kilka stron, poszedłem spać, a do lektury już nie wróciłem. Teraz sięgnąłem po nią ponownie i, choć lektura z pewnych przyczyn zajęła mi prawie tydzień, zostałem oczarowany wizją świata niedalekiej przyszłości stworzoną przez Gibsona. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że utwór pisany był trzydzieści lat temu i wiele przewidywań, zwłaszcza technicznych, okazało się chybionymi. Z drugiej strony rola internetu i wartość informacji przedstawione w powieści są podobne do dzisiejszych. Gibson doskonale opisuje cyberprzestrzeń i hakerów, akcja toczy się bardzo dynamicznie, a do tego dochodzą świetnie wykreowani bohaterowie, szczególnie Case i Wintermute. Mam nadzieję, że kolejne części Trylogii Ciągu nie ustępują jakością Neuromancerowi. Dostałem je od Wtedy-Jeszcze-Narzeczonej na Mikołajki i czekają na przeczytanie.
57. Czarny Wygon. Bisy - Stefan Darda, Videograf 2012
Dno. Naprawdę Darda powinien poprzestać na całkiem przyzwoitej Starzyźnie, tak jak planował, i nigdy nie rozpoczynać pracy nad trzecim tomem Czarnego Wygonu. Główny bohater się miota i przeżywa, oj, jak przeżywa, grozy nie ma tu za grosz, a do tego prawie nic się nie dzieje. Niezrozumiałe jest dla mnie nadanie książce tytułu Bisy. Postacie o tym nazwisku pojawiają się w prologu, a później ślad po nich ginie, raz w tekście pojawia się również to słowo jako nazwa przysiółka i to by było na tyle. Wspomniany prolog nie ma żadnego związku z resztą książki, należy się więc zastanowić, czy autor w ogóle pamiętał, że go napisał, czy też postanowił odnieść się do niego dopiero w czwartym tomie (niestety został taki zapowiedziany). Paradoksem przy wszystkich wadach powieści jest to, że czyta się ją bardzo szybko, co jest jej jedyną zaletą. W połączeniu z niewielką objętością daje to możliwość ekspresowego pozostawienia za sobą traumatycznego przeżycia, jakim jest lektura Bisów. Powieść tylko dla masochistów.
58. Operacja Pętla - Vladimir Wolff, Warbook 2012
Jest to bezpośrednia kontynuacja Kryptonimu Burza, ale można ją czytać bez znajomości poprzedniej części. Tym razem Wolff przenosi akcent z lotnictwa i wojsk lądowych na marynarkę wojenną i to zarówno w wydaniu morskim, jak i rzecznym. Podobnie jak w pierwszym tomie daje się wyczuć pasję i znawstwo autora w kwestiach wojskowości. Akcja wciąga, choć odniosłem wrażenie, że toczy się nieco spokojniej niż w poprzedniej części. Wydaje się także być nieco mniej spójna, jakby autor próbował złapać zbyt wiele srok za ogon - opisuje niepowiązane ze sobą działania wojenne w różnych miejscach frontu. Każdy z elementów z osobna jest jednak bardzo dopracowany. Wolff na szczęście także tym razem nie skupia się wyłącznie na scenach batalistycznych, ukazując czytelnikom procesy decyzyjne zarówno w polskim dowództwie, jak i po stronie radzieckiej. Ciekawy jest też wątek Bagińskiego w Estonii. Wszystko to daje ciekawą powieść, trochę słabszą od Kryptonimu Burza, ale w dalszym ciągu będącą świetną prozą militarystyczną.
59. Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia - Rafał Kosik, Powergraph 2010
Miło jest stwierdzić, że w szóstym tomie seria nadal trzyma wysoki poziom, choć tym razem jest parę drobiazgów, do których można się przyczepić. Najbardziej boli nijakie zakończenie dwóch wątków pobocznych - alkoholowego i inspekcji. Wygląda to tak, jakby Kosik nie miał pomysłu, co z nimi zrobić. Odniosłem też wrażenie, że przez większość książki niewiele się dzieje, choć może ono być mylne, bo czyta się ją, jak poprzednie części, rewelacyjnie (na lekturę poświęciłem co prawda aż pięć dni, ale jak człowiek się żeni, to mało ma czasu na cokolwiek innego). Fakt, że w połowie lektury domyśliłem się, kto stoi za tytułowym orbitalnym spiskiem, nijak nie wpłynął na przyjemność z lektury. Podobało mi się również przedstawienie akcji z perspektywy ojców Felixa i Neta. Miło czytało się też wykład na temat prędkości kosmicznych. Za moich czasów uczono tego we wczesnym liceum, ale myślę, że takie przekazanie wiedzy dzisiejszym uczniom się przyda.
60. Słowo i miecz - Witold Jabłoński, SuperNOWA 2013
To mój pierwszy kontakt z prozą Witolda Jabłońskiego i nie poczułem się oczarowany. Sam pomysł umieszczenia akcji w czasie panowania pierwszych Piastów i reakcji pogańskiej jest bardzo ciekawy, natomiast fabularnie powieść jest mocno przeciętna. Bohaterowie idący jak po sznurku od punktu A do B, a następnie do C i D w ramach wypełniania questa przemawiali do mnie u Tolkiena, niestety u Jabłońskiego się nie sprawdzają. Dużo lepsze są rozdziały opisujące wydarzenia z przeszłości - te czytałem z wielkim zainteresowaniem. Niestety odniosłem wrażenie, że w pozostałej części książki akcja potwornie się wlecze i spokojnie można było skrócić książkę o jakieś 150 stron bez straty dla fabuły. Pozytywnie z kolei oceniam przedstawienie chrystianizacji Słowian z perspektywy pogan; jest to inny punkt widzenia niż przedstawiany w szkołach na lekcjach historii i choćby dla niego warto po książkę sięgnąć, zwłaszcza że Jabłoński od strony merytorycznej przygotował się bardzo dobrze.
61. Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów - Tomek Michniewicz, Wydawnictwo Otwarte 2011
Podrzucone przez Żonę. Złożona z dwóch części opowieść o poszukiwaczach skarbów, tych klasycznych, usiłujących znaleźć złoto w Ameryce i u jej wybrzeży, i tych mniej kojarzonych ze skarbami, a polujących w Afryce na kość słoniową i rogi nosorożców. Michniewicz umie opowiadać i to zarówno w przygodowej części dotyczącej Nowego Świata, jak i opisanej bardziej emocjonalnie historii z Afryki. Poczułem się więc mocno zirytowany kiedy przerwał jedną z opowieści w jej punkcie kulminacyjnym, tłumacząc, że tak obiecał poszukiwaczowi-przewodnikowi. Świetnie oddane zostają pasja i swego rodzaju uzależnienie poszukiwaczy. Zdecydowanie poważniej się robi, kiedy akcja przenosi się na Czarny Ląd. Tutaj autor przedstawia ciężką pracę obrońców przyrody, strażników ginących gatunków, którzy w niewielkiej liczbie walczą z kłusownictwem. Jest to naprawdę poruszający tekst. Warto też wspomnieć o jakości wydania książki - na kredowym papierze, z mnóstwem kolorowych zdjęć obrazujących obie wyprawy Michniewicza. Jedynym mankamentem są wypadające kartki (byłem drugą osobą czytającą książkę i pozbyłem się z niej dwóch kartek). W każdym razie warto przeczytać.
62. Długa Ziemia - Terry Pratchett, Stephen Baxter, Prószyński i S-ka 2013
Nigdy wcześniej nie czytałem Pratchetta. Wspólnie z Baxterem napisali powieść poruszającą koncepcję światów równoległych. Pomysł jest prosty - prawie każdy człowiek dzięki prostemu urządzeniu ma możliwość przeniesienia się na alternatywne, nietknięte ludzką ręką Ziemie. Choć akcja nie ma zawrotnego tempa, książkę czyta się bardzo dobrze. Jeśli miałbym ją jakoś określić, stwierdziłbym, że jest to powieść drogi, gdzie główny bohater przemierza kolejne światy, od czasu do czasu zatrzymując się w którymś i odkrywając różnicę pomiędzy nimi a podstawową Ziemią. Jako literatura czysto rozrywkowa sprawdza się znakomicie. Miałem tylko wrażenie, że niektóre wątki można było rozwinąć lub bardziej wyeksponować, na przykład wioskę Restart lub terrorystów. Mają one co prawda swoje miejsce w powieści, ale jest tego miejsca nieco za mało.
63. Pusta przestrzeń - M. John Harrison, MAG 2013
Po lekturze zadałem sobie pytanie, o co tu chodzi. Nie znalazłem odpowiedzi, nie udało mi się odkryć, do czego autor zmierza. Pusta przestrzeń kontynuuje część wątków ze Światła i Nova Swing, niestety czyni to w sposób mało zrozumiały. Narracja przypomina tę z pierwszej części Traktu Kefahuchiego - prowadzone są trzy niepowiązane (lub powiązane w bardzo nikłym stopniu) ze sobą wątki, z których tylko dotyczący Liv Huli i Antoyne'a udało mi się bezboleśnie przełknąć; pozostałe dwa były męczarnią. Światło dużo bardziej potrafiło mnie wciągnąć. Chaotycznej narracji, ciężkiego stylu i braku celu fabularnego nie lubię. Jestem zawiedziony. Jeśli tak ma wyglądać gatunek new weird, czymkolwiek jest, to na pewno nie będzie on moim ulubionym. Co ciekawe jest to kolejna pozycja, która w recenzjach NF dostała maksymalną notę, a która rozminęła się z moim gustem.
64. Bezsenność w Tokio - Marcin Bruczkowski, Znak 2012
Genialne. Książka ta została mi podrzucona przez Żonę jako przygotowanie do podróży poślubnej. Autor gawędziarsko opisuje swój dziesięcioletni pobyt w Japonii, jednak nie w charakterze dziennika - wybiera kilka ciekawych historii ze swojego życia w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przy okazji obala kilka powszechnych w naszym kraju (a właściwie wszędzie u gaijinów) mitów - o hotelach kapsułowych, karate czy maskach do zasłaniania twarzy. Z drugiej strony potwierdza pewne zjawiska, o których można przeczytać w przewodnikach po Japonii. Nieco mniej mi się podobał rozdział, pisany z perspektywy irlandzkiego przyjaciela autora (Bruczkowski na swojej stronie internetowej przyznaje, że Sean jest tylko postacią literacką, choć mocno wzorowaną na pewnym znajomym Irlandczyku), a który dotyczył seksu po japońsku. Nie chodzi o to, że jest zły, ale nie potrafił mnie porwać tak, jak pozostałe części książki. No i jej zakończenie jest jakieś takie smutne. Nie zmienia to faktu, że jest to świetna, wzbogacona zdjęciami opowieść o życiu gaijina w Tokio, doskonale przedstawiająca mentalność i zwyczaje tamtejszej ludności.
56. Neuromancer - William Gibson, Książnica 2009
Tę kultową cyberpunkową powieść kupiłem na drogę powrotną z Pyrkonu 2009. Jakoś tak się złożyło, że w pociągu przeczytałem kilka stron, poszedłem spać, a do lektury już nie wróciłem. Teraz sięgnąłem po nią ponownie i, choć lektura z pewnych przyczyn zajęła mi prawie tydzień, zostałem oczarowany wizją świata niedalekiej przyszłości stworzoną przez Gibsona. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że utwór pisany był trzydzieści lat temu i wiele przewidywań, zwłaszcza technicznych, okazało się chybionymi. Z drugiej strony rola internetu i wartość informacji przedstawione w powieści są podobne do dzisiejszych. Gibson doskonale opisuje cyberprzestrzeń i hakerów, akcja toczy się bardzo dynamicznie, a do tego dochodzą świetnie wykreowani bohaterowie, szczególnie Case i Wintermute. Mam nadzieję, że kolejne części Trylogii Ciągu nie ustępują jakością Neuromancerowi. Dostałem je od Wtedy-Jeszcze-Narzeczonej na Mikołajki i czekają na przeczytanie.
57. Czarny Wygon. Bisy - Stefan Darda, Videograf 2012
Dno. Naprawdę Darda powinien poprzestać na całkiem przyzwoitej Starzyźnie, tak jak planował, i nigdy nie rozpoczynać pracy nad trzecim tomem Czarnego Wygonu. Główny bohater się miota i przeżywa, oj, jak przeżywa, grozy nie ma tu za grosz, a do tego prawie nic się nie dzieje. Niezrozumiałe jest dla mnie nadanie książce tytułu Bisy. Postacie o tym nazwisku pojawiają się w prologu, a później ślad po nich ginie, raz w tekście pojawia się również to słowo jako nazwa przysiółka i to by było na tyle. Wspomniany prolog nie ma żadnego związku z resztą książki, należy się więc zastanowić, czy autor w ogóle pamiętał, że go napisał, czy też postanowił odnieść się do niego dopiero w czwartym tomie (niestety został taki zapowiedziany). Paradoksem przy wszystkich wadach powieści jest to, że czyta się ją bardzo szybko, co jest jej jedyną zaletą. W połączeniu z niewielką objętością daje to możliwość ekspresowego pozostawienia za sobą traumatycznego przeżycia, jakim jest lektura Bisów. Powieść tylko dla masochistów.
58. Operacja Pętla - Vladimir Wolff, Warbook 2012
Jest to bezpośrednia kontynuacja Kryptonimu Burza, ale można ją czytać bez znajomości poprzedniej części. Tym razem Wolff przenosi akcent z lotnictwa i wojsk lądowych na marynarkę wojenną i to zarówno w wydaniu morskim, jak i rzecznym. Podobnie jak w pierwszym tomie daje się wyczuć pasję i znawstwo autora w kwestiach wojskowości. Akcja wciąga, choć odniosłem wrażenie, że toczy się nieco spokojniej niż w poprzedniej części. Wydaje się także być nieco mniej spójna, jakby autor próbował złapać zbyt wiele srok za ogon - opisuje niepowiązane ze sobą działania wojenne w różnych miejscach frontu. Każdy z elementów z osobna jest jednak bardzo dopracowany. Wolff na szczęście także tym razem nie skupia się wyłącznie na scenach batalistycznych, ukazując czytelnikom procesy decyzyjne zarówno w polskim dowództwie, jak i po stronie radzieckiej. Ciekawy jest też wątek Bagińskiego w Estonii. Wszystko to daje ciekawą powieść, trochę słabszą od Kryptonimu Burza, ale w dalszym ciągu będącą świetną prozą militarystyczną.
59. Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia - Rafał Kosik, Powergraph 2010
Miło jest stwierdzić, że w szóstym tomie seria nadal trzyma wysoki poziom, choć tym razem jest parę drobiazgów, do których można się przyczepić. Najbardziej boli nijakie zakończenie dwóch wątków pobocznych - alkoholowego i inspekcji. Wygląda to tak, jakby Kosik nie miał pomysłu, co z nimi zrobić. Odniosłem też wrażenie, że przez większość książki niewiele się dzieje, choć może ono być mylne, bo czyta się ją, jak poprzednie części, rewelacyjnie (na lekturę poświęciłem co prawda aż pięć dni, ale jak człowiek się żeni, to mało ma czasu na cokolwiek innego). Fakt, że w połowie lektury domyśliłem się, kto stoi za tytułowym orbitalnym spiskiem, nijak nie wpłynął na przyjemność z lektury. Podobało mi się również przedstawienie akcji z perspektywy ojców Felixa i Neta. Miło czytało się też wykład na temat prędkości kosmicznych. Za moich czasów uczono tego we wczesnym liceum, ale myślę, że takie przekazanie wiedzy dzisiejszym uczniom się przyda.
60. Słowo i miecz - Witold Jabłoński, SuperNOWA 2013
To mój pierwszy kontakt z prozą Witolda Jabłońskiego i nie poczułem się oczarowany. Sam pomysł umieszczenia akcji w czasie panowania pierwszych Piastów i reakcji pogańskiej jest bardzo ciekawy, natomiast fabularnie powieść jest mocno przeciętna. Bohaterowie idący jak po sznurku od punktu A do B, a następnie do C i D w ramach wypełniania questa przemawiali do mnie u Tolkiena, niestety u Jabłońskiego się nie sprawdzają. Dużo lepsze są rozdziały opisujące wydarzenia z przeszłości - te czytałem z wielkim zainteresowaniem. Niestety odniosłem wrażenie, że w pozostałej części książki akcja potwornie się wlecze i spokojnie można było skrócić książkę o jakieś 150 stron bez straty dla fabuły. Pozytywnie z kolei oceniam przedstawienie chrystianizacji Słowian z perspektywy pogan; jest to inny punkt widzenia niż przedstawiany w szkołach na lekcjach historii i choćby dla niego warto po książkę sięgnąć, zwłaszcza że Jabłoński od strony merytorycznej przygotował się bardzo dobrze.
61. Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów - Tomek Michniewicz, Wydawnictwo Otwarte 2011
Podrzucone przez Żonę. Złożona z dwóch części opowieść o poszukiwaczach skarbów, tych klasycznych, usiłujących znaleźć złoto w Ameryce i u jej wybrzeży, i tych mniej kojarzonych ze skarbami, a polujących w Afryce na kość słoniową i rogi nosorożców. Michniewicz umie opowiadać i to zarówno w przygodowej części dotyczącej Nowego Świata, jak i opisanej bardziej emocjonalnie historii z Afryki. Poczułem się więc mocno zirytowany kiedy przerwał jedną z opowieści w jej punkcie kulminacyjnym, tłumacząc, że tak obiecał poszukiwaczowi-przewodnikowi. Świetnie oddane zostają pasja i swego rodzaju uzależnienie poszukiwaczy. Zdecydowanie poważniej się robi, kiedy akcja przenosi się na Czarny Ląd. Tutaj autor przedstawia ciężką pracę obrońców przyrody, strażników ginących gatunków, którzy w niewielkiej liczbie walczą z kłusownictwem. Jest to naprawdę poruszający tekst. Warto też wspomnieć o jakości wydania książki - na kredowym papierze, z mnóstwem kolorowych zdjęć obrazujących obie wyprawy Michniewicza. Jedynym mankamentem są wypadające kartki (byłem drugą osobą czytającą książkę i pozbyłem się z niej dwóch kartek). W każdym razie warto przeczytać.
62. Długa Ziemia - Terry Pratchett, Stephen Baxter, Prószyński i S-ka 2013
Nigdy wcześniej nie czytałem Pratchetta. Wspólnie z Baxterem napisali powieść poruszającą koncepcję światów równoległych. Pomysł jest prosty - prawie każdy człowiek dzięki prostemu urządzeniu ma możliwość przeniesienia się na alternatywne, nietknięte ludzką ręką Ziemie. Choć akcja nie ma zawrotnego tempa, książkę czyta się bardzo dobrze. Jeśli miałbym ją jakoś określić, stwierdziłbym, że jest to powieść drogi, gdzie główny bohater przemierza kolejne światy, od czasu do czasu zatrzymując się w którymś i odkrywając różnicę pomiędzy nimi a podstawową Ziemią. Jako literatura czysto rozrywkowa sprawdza się znakomicie. Miałem tylko wrażenie, że niektóre wątki można było rozwinąć lub bardziej wyeksponować, na przykład wioskę Restart lub terrorystów. Mają one co prawda swoje miejsce w powieści, ale jest tego miejsca nieco za mało.
63. Pusta przestrzeń - M. John Harrison, MAG 2013
Po lekturze zadałem sobie pytanie, o co tu chodzi. Nie znalazłem odpowiedzi, nie udało mi się odkryć, do czego autor zmierza. Pusta przestrzeń kontynuuje część wątków ze Światła i Nova Swing, niestety czyni to w sposób mało zrozumiały. Narracja przypomina tę z pierwszej części Traktu Kefahuchiego - prowadzone są trzy niepowiązane (lub powiązane w bardzo nikłym stopniu) ze sobą wątki, z których tylko dotyczący Liv Huli i Antoyne'a udało mi się bezboleśnie przełknąć; pozostałe dwa były męczarnią. Światło dużo bardziej potrafiło mnie wciągnąć. Chaotycznej narracji, ciężkiego stylu i braku celu fabularnego nie lubię. Jestem zawiedziony. Jeśli tak ma wyglądać gatunek new weird, czymkolwiek jest, to na pewno nie będzie on moim ulubionym. Co ciekawe jest to kolejna pozycja, która w recenzjach NF dostała maksymalną notę, a która rozminęła się z moim gustem.
64. Bezsenność w Tokio - Marcin Bruczkowski, Znak 2012
Genialne. Książka ta została mi podrzucona przez Żonę jako przygotowanie do podróży poślubnej. Autor gawędziarsko opisuje swój dziesięcioletni pobyt w Japonii, jednak nie w charakterze dziennika - wybiera kilka ciekawych historii ze swojego życia w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przy okazji obala kilka powszechnych w naszym kraju (a właściwie wszędzie u gaijinów) mitów - o hotelach kapsułowych, karate czy maskach do zasłaniania twarzy. Z drugiej strony potwierdza pewne zjawiska, o których można przeczytać w przewodnikach po Japonii. Nieco mniej mi się podobał rozdział, pisany z perspektywy irlandzkiego przyjaciela autora (Bruczkowski na swojej stronie internetowej przyznaje, że Sean jest tylko postacią literacką, choć mocno wzorowaną na pewnym znajomym Irlandczyku), a który dotyczył seksu po japońsku. Nie chodzi o to, że jest zły, ale nie potrafił mnie porwać tak, jak pozostałe części książki. No i jej zakończenie jest jakieś takie smutne. Nie zmienia to faktu, że jest to świetna, wzbogacona zdjęciami opowieść o życiu gaijina w Tokio, doskonale przedstawiająca mentalność i zwyczaje tamtejszej ludności.
Etykiety:
Baxter,
Bruczkowski,
Darda,
Gibson,
Harrison M.J.,
Jabłoński W.,
Kosik,
Michniewicz,
Pratchett,
Wolff
środa, 29 maja 2013
Przeczytane. Maj 2013
W maju, podobnie jak w kwietniu, przeczytałem trzynaście książek. Gdy piszę te słowa, do końca miesiąca zostały jeszcze dwa dni i jeden wieczór, a mam napoczętego Neuromancera Gibsona, ale sprawy osobiste najprawdopodobniej nie pozwolą mi go dokończyć przed Dniem Dziecka, więc o nim będzie w czerwcowej notce. W każdym razie, stuknęła pięćdziesiątka. Liczba majowych książek może i jest niezła, choć osobisty zachwyt jest tonowany objętością tegomiesięcznych utworów. W trzech przypadkach miały one poniżej dwustu stron, a jedynie dwie pozycje przekroczyły czterysta. W czerwcu powinno być nieco lepiej pod tym względem. Jedziemy z koksem.
43. Post-Polonia - Marcin Wolski, M 2012
Tym razem Wolski powrócił do roli satyryka. W Post-Polonii, której akcję umieścił w 2020 roku, w szyderczy sposób przedstawia swoje obawy dotyczące rządów Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska. Oczywiście wszystkie nazwiska i nazwy zostały pozmieniane, toteż Polską rządzi Partia Obiecanek z 97% poparciem, na której czele stoi Ronald Duck, a prezydentem kraju jest Wronisław Gomorrowski. Władza sprzedaje Polskę Szwedom, a jedynymi zbawcami Ojczyzny mogą być prezes Brawa i Spolegliwości Jarosław Indykiewicz i Radio Gloryja z Turonia, którego siedziba pełni funkcję XXI-wiecznej Jasnej Góry. O ile krytyka PO jest bezwzględna, a poziom szyderstwa pod jej adresem przekracza wszelkie granice, o tyle, co mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę kreację postaci Indykiewicza, Wolski dostrzega błędy w funkcjonowaniu głównej partii opozycyjnej i nie sprawia wrażenia człowieka zaślepionego jakąkolwiek propagandą. Tym, co zawodzi w powieści, są główni bohaterowie, których jest zbyt wielu, przez co każdy z nich dostaje za mało "czasu antenowego". Zdecydowanie pozytywne wrażenie pozostawiło na mnie nietypowe zakończenie. Warto sięgnąć po książkę, żeby się pośmiać, o ile tylko nie ma się alergii na narodowców lub nie jest się fanatykiem PO. Wówczas lektura może być irytująca.
44. Ogień - Łukasz Orbitowski, Narodowe Centrum Kultury 2012
Jest to pierwszy dramat, jaki przeczytałem od czasów liceum. Orbitowski pokazuje, że jednak potrafi pisać i nie nudzić (już czuje gromy ciskane przez miłośników Widm). Zaczyna się niewinnie od wycieczki w góry dwóch skłóconych braci i żony jednego z nich. Później na rzeczywistość nakładają się wątki dotyczące działań Józefa Kurasia, tytułowego "Ognia", na Podhalu. Autor fenomenalnie kreuje ciężki nastrój utworu (to akurat Orbitowskiemu wychodzi świetnie we wszystkich jego tekstach, które czytałem). Z dramatu wyłania się obraz tytułowego bohatera, który polemizuje z negatywnymi opiniami na jego temat, jest próbą przywrócenia dobrego imienia postaci w dalszym ciągu ocenianej niejednoznacznie. Utwór kończy posłowie przybliżające sylwetkę "Ognia", szczególnie cenne dla tych czytelników, którzy nie są zaznajomieni z najnowszą historią Polski. Przyczepić się mogę jedynie do ceny książki. 39 złotych za 160 stron to zdecydowanie za dużo, więcej niż za obszerniejsze Śniąc o potędze i Fausterię również wydane przez NCK.
45. Senne pałace - Sebastian Uznański, Dom Snów 2012
Po przeczytaniu bardzo dobrego Herrenvolka spodziewałem się, że kolejna książka Uznańskiego również będzie prezentowała wysoki poziom, ale niestety srodze się zawiodłem. Podobnie jak w poprzedniej powieści, również w Sennych pałacach główny bohater trafia do nieznanego sobie świata i próbuje w nim przetrwać, przy okazji realizując swój cel - tutaj jest nim odnalezienie żony. Wyobraźni autora ciężko cokolwiek zarzucić - wykreowany świat jest niezwykle ciekawy. Niestety na tym dobre rzeczy się kończą. Tomasz Starski snuje się od miejsca do miejsca, cały czas irytując swoją obecnością, utwór przesiąknięty jest scenami pornograficznymi, które nie mają żadnego uzasadnienia w fabule, a Uznański bada, gdzie znajduje się granica złego smaku, którego czytelnik nie będzie w stanie znieść. Wynudziłem się i nie podobało mi się. O pomstę do nieba wołają też skład i korekta tekstu. Błędne przenoszenie wyrazów i powtarzanie tych samych fragmentów występują skandalicznie często. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny tom autor wykreuje tak, że to, co uznałem za wadę, okaże się w pełni przemyślanym zabiegiem. O ile oczywiście drugi tom się ukaże, w co wątpię, gdyż Wydawnictwo Dom Snów od kilku miesięcy nie potrafi postawić strony internetowej. Nasuwa mi się przy tym wszystkim jeszcze jedna refleksja. Dlaczego autorzy, którzy nie mają ugruntowanej pozycji na rynku, muszą pisać kilkutomowe dzieła i iść z nimi do niepewnych wydawców? Tak było z Agnieszką Hałas i Alanem Akabem publikującymi w Ifrycie, tak jest teraz z Uznańskim wydającym swoją powieść w duchowym następcy lubelskiego wydawnictwa. Ciekawe, że twórcy ci nie boją się, że całość utworu nie ujrzy nigdy księgarskich półek.
46. Góry Parnasu - Czesław Miłosz, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2012
Utwór szumnie reklamowany jako niedawno odnaleziona, niepublikowana jeszcze powieść Czesława Miłosza okazał się być kilkoma rozdziałami z nieukończonego nigdy tekstu, które noblista raczył spisać na maszynie, podobno z zamiarem oddania do druku. W sumie wszystkie pięć rozdziałów zajmuje około 60 stron, co objętościowo raczej nie kwalifikuje dzieła do powieści. Całości dopełnia publikowany już wcześniej dodatek, Liturgia Efraima, mający powiązanie z Górami Parnasu, i dość obszerne wstęp i posłowie z aneksem, które ułatwiają interpretację utworu. Fakt, że poszczególne rozdziały nie są ze sobą powiązane, sprawił, że ciężko było zrozumieć, o co autorowi chodzi. Najbardziej wyraźnie przedstawione zostały kwestie religijne, w pozostałych przypadkach, gdyby nie posłowie, miałbym spory problem z odbiorem "powieści". Po raz kolejny w tym miesiącu muszę skrytykować cenę. 35 złotych za 144 strony tekstu to zdecydowanie za dużo, jeśli się weźmie pod uwagę, że książka została dofinansowana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, bo nikt mi nie wmówi, że Miłosza wydaje się w małym nakładzie.
47. Upalna zima - Kareta Wrocławski (Eugeniusz Dębski, Andrzej Drzewiński, Adam Cebula, Piotr Surmiak), Paperback 2012
Z opowiadań kwartetu wrocławskich autorów wcześniej znałem jedynie Pandemolium opublikowane już jakiś czas temu w śp. Feniksie. Pięć tekstów umieszczonych w zbiorze opartych jest na podobnym schemacie, gdzie główni bohaterowie, Waldar i Bokanova, próbują się wzbogacić, a wszystko podane jest z solidną porcją alkoholu i porannego kaca. W tej kwestii wyróżnia się jedynie wspomniane już Pandemolium, które, choć nadal bawi, nie robiło na mnie takiego wrażenia jak kilkanaście lat temu, co nie znaczy, że nie jest dobre. Pozostałe teksty również stoją na przyzwoitym poziomie, a najlepszym wydaje się być ostatnie, premierowe opowiadanie pt. Gorący podmuch zimy, najobszerniejsze w zbiorze, co pozwoliło autorom bardziej rozwinąć fabułę. Niestety mały prztyczek w nos należy się wydawcy za mikroskopijną czcionkę, która sprawiła, że męczyłem się podczas lektury tych niezłych jakościowo utworów.
48. Noc żywych Żydów - Igor Ostachowicz, W.A.B. 2012
Tę książkę kupiłem tylko ze względu na tytuł. Po pierwszych stronach zapowiadał się niezły horror, z umiejętnie wprowadzanym nastrojem grozy. Później rzecz staje się groteską, bardziej śmieszną niż straszną, no bo jak tu się bać, gdy żydowskie zombi chodzą po warszawskiej galerii handlowej i próbują robić zakupy. Niestety zmarnowany został wątek żydowskiego getta, świetnie natomiast autor przedstawił koszmar obozów zagłady, szkoda tylko, że nawiązań do wojny jest tak mało. Utwór, który zapowiadał się na coś poważniejszego okazał się być tylko opowieścią o konflikcie zombi-Żydów z polskimi skinami. Do tego z zakończeniem, które zaskakuje, ale tylko dlatego, że jest zupełnie od czapy i w żaden sposób nie zostaje zapowiedziane wcześniej w tekście. Mimo że się strasznie czepiam, przyznaję, że jest to niezłe czytadło, którego lektura sprawiła mi sporo przyjemności. Wydaje mi się jednak, że jest to nieco za mało, żeby zasłużyć na nominację do Nike.
49. Czarny Wygon. Starzyzna - Stefan Darda, Videograf 2012
Drugi tom Czarnego Wygonu najlepiej jest czytać tuż po pierwszym, gdyż stanowi on jego bezpośrednią kontynuację. Darda ponownie umieszcza akcję na Roztoczu, w zagubionej wsi Starzyzna, tym razem serwując coś w rodzaju survival horroru, co wychodzi mu nieźle. Konstrukcja powieści jest taka sama, jak w poprzedniej części - rozdziały, których narratorem jest Witold, są przeplatane zapiskami ze znalezionego przez niego brulionu. Może to paradoks, ale książkę czytało mi się dobrze, mimo że miałem wrażenie toporności stylu autora. Darda sporo rzeczy na temat Starzyzny wyjaśnia, a jednocześnie dodaje nowe zagadki, dzięki czemu jestem z jednej strony usatysfakcjonowany tym, że czegoś się dowiedziałem, a z drugiej mam ochotę sięgnąć po kolejny tom. Na pewno jest to lepsza powieść od Słonecznej Doliny, choć do doskonałości jej sporo brakuje.
50. Kryptonim Burza - Vladimir Wolff, Warbook 2012
Po tę książkę prawdopodobnie nigdy bym nie sięgnął, gdyby nie pozytywna recenzja na Polterze i moja chęć poszukiwania dobrej polskiej fantastyki. Tajemniczy, ukrywający się pod pseudonimem autor postanawia pogdybać w historii i tworzy świat, w którym wojna w 1939 roku nie wybucha. Do konfliktu dochodzi dopiero dwa lata później, kiedy Związek Radziecki atakuje Polskę. Wolff zręcznie znajduje równowagę pomiędzy walką wywiadów, polem bitwy i planowaniem działań w ciepłych gabinetach. Z tekstu bije pasja autora, widać, że merytorycznie dobrze się przygotował do napisania powieści. Mimo że nazwy własne uzbrojenia, zarówno polskiego jak i rosyjskiego, pojawiają się w utworze dość często, ani raz nie czułem się nimi przytłoczony, a znawcą militariów nie jestem. Jest to świetna literatura wojenna, napisana z polotem i trzymająca w napięciu. Jeśli okaże się, że nie jest to jednorazowe wspięcie się na wysoki poziom, a Operacja Pętla również okaże się dobrą powieścią, będę miał kolejnego autora na liście "Kupuję w ciemno".
51. I dusza moja - Michał Cetnarowski, Powergraph 2013
Dobry mainstreamowy thriller, w którym wątek fantastyczny jest tylko światem fantazji jednego z bohaterów. Cetnarowskiemu świetnie udaje się stworzyć atmosferę zagrożenia w podwrocławskiej szkole, w której dochodzi do strzelaniny. Autor trzyma w napięciu, cały czas pozostawiając napastnika w cieniu, nie pokazuje go, a przedstawia jedynie efekty jego działań. Interesującym zabiegiem jest przedstawienie wydarzeń z perspektywy kilku osób, skupienie się na ich przemyśleniach w sytuacji, która ich przerasta. Same wydarzenia w szkole są zaś sprawą drugorzędną, ważniejsze jest zachowanie ludzi w ich obliczu. Jedynym niepasującym do całości elementem wydaje się być wspomniany wątek fantastyczny, choć jego obecność daje się uzasadnić. Jak do tej pory Kontrapunkty mnie nie zawodzą.
52. Mongolia. Wyprawy w tajgę i step - Bolesław A. Uryn, Bernardinum 2005
Tę książkę zaiwaniłem z półki Narzeczonej. Autor opisuje swoje wielokrotne podróże do Mongolii, kraju, o którym w Polsce wiadomo tylko tyle, że istnieje gdzieś między Rosją a Chinami. Przekazuje mnóstwo informacji na temat ludzi żyjących na stepie i ich zwyczajów, opisuje wyprawy w miejsca, gdzie stopa ludzka nie zwykła stawać, walkę z ekstremalnymi warunkami w niesłychanie zmiennej pogodzie i zachwyca się lokalnymi krajobrazami. Ten zachwyt udziela się na tyle, że ma ochotę się zwiedzić ten dziki i mało zaludniony kraj (przy pięciokrotnie większej od Polski powierzchni zamieszkuje go piętnaście razy mniej mieszkańców). Wszystko okraszone jest sporą ilością zdjęć. Książkę czyta się dobrze, choć momentami kuleje styl tekstu (dość często zdarzają się powtórzenia), ale nie wiem, ile w tym winy autora, a ile wydawcy, który przyznaje się do znacznego zmniejszenia objętości notatek autora.
53. Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek - Rafał Kosik, Powergraph 2010
Kolejną opowieść o trójce przyjaciół z warszawskiego gimnazjum Kosik postanowił podzielić na dwa tomy, co sprawiło, że na pierwszych ponad 400 stronach nie zakończył w zasadzie żadnego z rozpoczętych wątków, a wprowadził ich sporo. Oczywiście bohaterowie jak zwykle przez swoją ciekawość pakują się w kłopoty, tym razem wystrzeliwując rakietę na orbitę okołoziemską. Próba uniknięcia odpowiedzialności i zapobieżenia upadkowi "statku kosmicznego" na skupiska ludzkie stanowi główną oś fabularną utworu. Kosik kolejny raz umieszcza w powieści wartości dydaktyczne - tym razem porusza problem alkoholu wśród uczniów, a także pokazuje jak może wyglądać życie pod jednym dachem z niemowlakami. Autor nie byłby sobą, gdyby w humorystyczny sposób nie skomentował otaczającej nas rzeczywistości. Oberwało się politykom i programom typu Gwiazdy robią kupę. Fabuła wciąga i nie pozwala się oderwać, jedynie postać Neta mnie irytuje. Kosik, tworząc cykl, zaprzecza popularnej tezie, że im późniejszy tom, tym niższa jego jakość. Orbitalny Spisek jest moim numerem dwa po Teoretycznie Możliwej Katastrofie. Pozostaje jak najszybciej nabyć jego drugą część.
54. Nova Swing - M. John Harrison, MAG 2011
Drugi tom cyklu Trakt Kefahuchiego można czytać bez znajomości Światła, ale nie jest to zalecane. Gdzieniegdzie pojawiają się nawiązania do poprzedniej części, choć prawdę mówiąc, są one jedynie dodatkowym smaczkiem. Harrison nie podjął się tym razem dokładniejszego opisu świata, w którym poruszają się bohaterowie, wychodząc z założenia, że przybliżył go w pierwszym tomie. Najmocniejszą stroną powieści są bohaterowie - ciekawi, każdy z jakimś dziwactwem, mający problemy z dostosowaniem się do otaczającego ich świata. Świetnie przedstawiony został również nastrój barów i spelun, w których rozgrywa się znaczna część akcji, przywołujący u mnie skojarzenia z powieściami noir. Co się autorowi niebyt udało, to warstwa fabularna utworu, która jest po prostu mało porywająca. Sama Strefa, wokół której kręci się akcja, jest bezpośrednim nawiązaniem do Pikniku na skraju drogi braci Strugackich (co ciekawe, przez zupełny przypadek przeczytałem obie książki jedną po drugiej), ale zaprezentowana została bez polotu. Szkoda, że Nova Swing nie sprostała oczekiwaniom rozbudzonym przez Światło.
55. Piknik na skraju drogi - Arkadij i Borys Strugaccy, Prószyński i S-ka 2011
Tę kultową powieść Strugackich kupiłem jako lekturę do czytania w oczekiwaniu na jedzenie w Sfinksie. Przy okazji zakup wpisał się w plan zapoznawania się z klasyką fantastyki, której wstyd nie znać. Autorzy pozostawiają sporo niedomówień, wielu rzeczy nie wyjaśniają, każą czytelnikowi snuć domysły na temat Stref (w których na moment wylądowali obcy). Czytając, odniosłem wrażenie, że to nie Red, ale właśnie Strefa jest głównym bohaterem utworu. Strugackim świetnie udało się oddać nastrój nieustannego zagrożenia w tym miejscu. Kolejnym niezłym manewrem jest przedstawienie metamorfozy Reda na przestrzeni kilku lat, od pełnego wigoru stalkera po zniszczonego człowieka. Przyczepię się natomiast do długości powieści. Zakończenie zostało tak skonstruowane, że spokojnie można było dopisać jeszcze jeden lub dwa rozdziały. Nieco raził mnie również brak ciągłości między poszczególnymi rozdziałami, choć jestem w stanie go zrozumieć - dzięki temu lepiej widać przemianę bohatera. Jest to naprawdę bardzo dobry utwór, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego uzyskał status kultowego.
43. Post-Polonia - Marcin Wolski, M 2012
Tym razem Wolski powrócił do roli satyryka. W Post-Polonii, której akcję umieścił w 2020 roku, w szyderczy sposób przedstawia swoje obawy dotyczące rządów Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska. Oczywiście wszystkie nazwiska i nazwy zostały pozmieniane, toteż Polską rządzi Partia Obiecanek z 97% poparciem, na której czele stoi Ronald Duck, a prezydentem kraju jest Wronisław Gomorrowski. Władza sprzedaje Polskę Szwedom, a jedynymi zbawcami Ojczyzny mogą być prezes Brawa i Spolegliwości Jarosław Indykiewicz i Radio Gloryja z Turonia, którego siedziba pełni funkcję XXI-wiecznej Jasnej Góry. O ile krytyka PO jest bezwzględna, a poziom szyderstwa pod jej adresem przekracza wszelkie granice, o tyle, co mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę kreację postaci Indykiewicza, Wolski dostrzega błędy w funkcjonowaniu głównej partii opozycyjnej i nie sprawia wrażenia człowieka zaślepionego jakąkolwiek propagandą. Tym, co zawodzi w powieści, są główni bohaterowie, których jest zbyt wielu, przez co każdy z nich dostaje za mało "czasu antenowego". Zdecydowanie pozytywne wrażenie pozostawiło na mnie nietypowe zakończenie. Warto sięgnąć po książkę, żeby się pośmiać, o ile tylko nie ma się alergii na narodowców lub nie jest się fanatykiem PO. Wówczas lektura może być irytująca.
44. Ogień - Łukasz Orbitowski, Narodowe Centrum Kultury 2012
Jest to pierwszy dramat, jaki przeczytałem od czasów liceum. Orbitowski pokazuje, że jednak potrafi pisać i nie nudzić (już czuje gromy ciskane przez miłośników Widm). Zaczyna się niewinnie od wycieczki w góry dwóch skłóconych braci i żony jednego z nich. Później na rzeczywistość nakładają się wątki dotyczące działań Józefa Kurasia, tytułowego "Ognia", na Podhalu. Autor fenomenalnie kreuje ciężki nastrój utworu (to akurat Orbitowskiemu wychodzi świetnie we wszystkich jego tekstach, które czytałem). Z dramatu wyłania się obraz tytułowego bohatera, który polemizuje z negatywnymi opiniami na jego temat, jest próbą przywrócenia dobrego imienia postaci w dalszym ciągu ocenianej niejednoznacznie. Utwór kończy posłowie przybliżające sylwetkę "Ognia", szczególnie cenne dla tych czytelników, którzy nie są zaznajomieni z najnowszą historią Polski. Przyczepić się mogę jedynie do ceny książki. 39 złotych za 160 stron to zdecydowanie za dużo, więcej niż za obszerniejsze Śniąc o potędze i Fausterię również wydane przez NCK.
45. Senne pałace - Sebastian Uznański, Dom Snów 2012
Po przeczytaniu bardzo dobrego Herrenvolka spodziewałem się, że kolejna książka Uznańskiego również będzie prezentowała wysoki poziom, ale niestety srodze się zawiodłem. Podobnie jak w poprzedniej powieści, również w Sennych pałacach główny bohater trafia do nieznanego sobie świata i próbuje w nim przetrwać, przy okazji realizując swój cel - tutaj jest nim odnalezienie żony. Wyobraźni autora ciężko cokolwiek zarzucić - wykreowany świat jest niezwykle ciekawy. Niestety na tym dobre rzeczy się kończą. Tomasz Starski snuje się od miejsca do miejsca, cały czas irytując swoją obecnością, utwór przesiąknięty jest scenami pornograficznymi, które nie mają żadnego uzasadnienia w fabule, a Uznański bada, gdzie znajduje się granica złego smaku, którego czytelnik nie będzie w stanie znieść. Wynudziłem się i nie podobało mi się. O pomstę do nieba wołają też skład i korekta tekstu. Błędne przenoszenie wyrazów i powtarzanie tych samych fragmentów występują skandalicznie często. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejny tom autor wykreuje tak, że to, co uznałem za wadę, okaże się w pełni przemyślanym zabiegiem. O ile oczywiście drugi tom się ukaże, w co wątpię, gdyż Wydawnictwo Dom Snów od kilku miesięcy nie potrafi postawić strony internetowej. Nasuwa mi się przy tym wszystkim jeszcze jedna refleksja. Dlaczego autorzy, którzy nie mają ugruntowanej pozycji na rynku, muszą pisać kilkutomowe dzieła i iść z nimi do niepewnych wydawców? Tak było z Agnieszką Hałas i Alanem Akabem publikującymi w Ifrycie, tak jest teraz z Uznańskim wydającym swoją powieść w duchowym następcy lubelskiego wydawnictwa. Ciekawe, że twórcy ci nie boją się, że całość utworu nie ujrzy nigdy księgarskich półek.
46. Góry Parnasu - Czesław Miłosz, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2012
Utwór szumnie reklamowany jako niedawno odnaleziona, niepublikowana jeszcze powieść Czesława Miłosza okazał się być kilkoma rozdziałami z nieukończonego nigdy tekstu, które noblista raczył spisać na maszynie, podobno z zamiarem oddania do druku. W sumie wszystkie pięć rozdziałów zajmuje około 60 stron, co objętościowo raczej nie kwalifikuje dzieła do powieści. Całości dopełnia publikowany już wcześniej dodatek, Liturgia Efraima, mający powiązanie z Górami Parnasu, i dość obszerne wstęp i posłowie z aneksem, które ułatwiają interpretację utworu. Fakt, że poszczególne rozdziały nie są ze sobą powiązane, sprawił, że ciężko było zrozumieć, o co autorowi chodzi. Najbardziej wyraźnie przedstawione zostały kwestie religijne, w pozostałych przypadkach, gdyby nie posłowie, miałbym spory problem z odbiorem "powieści". Po raz kolejny w tym miesiącu muszę skrytykować cenę. 35 złotych za 144 strony tekstu to zdecydowanie za dużo, jeśli się weźmie pod uwagę, że książka została dofinansowana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, bo nikt mi nie wmówi, że Miłosza wydaje się w małym nakładzie.
47. Upalna zima - Kareta Wrocławski (Eugeniusz Dębski, Andrzej Drzewiński, Adam Cebula, Piotr Surmiak), Paperback 2012
Z opowiadań kwartetu wrocławskich autorów wcześniej znałem jedynie Pandemolium opublikowane już jakiś czas temu w śp. Feniksie. Pięć tekstów umieszczonych w zbiorze opartych jest na podobnym schemacie, gdzie główni bohaterowie, Waldar i Bokanova, próbują się wzbogacić, a wszystko podane jest z solidną porcją alkoholu i porannego kaca. W tej kwestii wyróżnia się jedynie wspomniane już Pandemolium, które, choć nadal bawi, nie robiło na mnie takiego wrażenia jak kilkanaście lat temu, co nie znaczy, że nie jest dobre. Pozostałe teksty również stoją na przyzwoitym poziomie, a najlepszym wydaje się być ostatnie, premierowe opowiadanie pt. Gorący podmuch zimy, najobszerniejsze w zbiorze, co pozwoliło autorom bardziej rozwinąć fabułę. Niestety mały prztyczek w nos należy się wydawcy za mikroskopijną czcionkę, która sprawiła, że męczyłem się podczas lektury tych niezłych jakościowo utworów.
48. Noc żywych Żydów - Igor Ostachowicz, W.A.B. 2012
Tę książkę kupiłem tylko ze względu na tytuł. Po pierwszych stronach zapowiadał się niezły horror, z umiejętnie wprowadzanym nastrojem grozy. Później rzecz staje się groteską, bardziej śmieszną niż straszną, no bo jak tu się bać, gdy żydowskie zombi chodzą po warszawskiej galerii handlowej i próbują robić zakupy. Niestety zmarnowany został wątek żydowskiego getta, świetnie natomiast autor przedstawił koszmar obozów zagłady, szkoda tylko, że nawiązań do wojny jest tak mało. Utwór, który zapowiadał się na coś poważniejszego okazał się być tylko opowieścią o konflikcie zombi-Żydów z polskimi skinami. Do tego z zakończeniem, które zaskakuje, ale tylko dlatego, że jest zupełnie od czapy i w żaden sposób nie zostaje zapowiedziane wcześniej w tekście. Mimo że się strasznie czepiam, przyznaję, że jest to niezłe czytadło, którego lektura sprawiła mi sporo przyjemności. Wydaje mi się jednak, że jest to nieco za mało, żeby zasłużyć na nominację do Nike.
49. Czarny Wygon. Starzyzna - Stefan Darda, Videograf 2012
Drugi tom Czarnego Wygonu najlepiej jest czytać tuż po pierwszym, gdyż stanowi on jego bezpośrednią kontynuację. Darda ponownie umieszcza akcję na Roztoczu, w zagubionej wsi Starzyzna, tym razem serwując coś w rodzaju survival horroru, co wychodzi mu nieźle. Konstrukcja powieści jest taka sama, jak w poprzedniej części - rozdziały, których narratorem jest Witold, są przeplatane zapiskami ze znalezionego przez niego brulionu. Może to paradoks, ale książkę czytało mi się dobrze, mimo że miałem wrażenie toporności stylu autora. Darda sporo rzeczy na temat Starzyzny wyjaśnia, a jednocześnie dodaje nowe zagadki, dzięki czemu jestem z jednej strony usatysfakcjonowany tym, że czegoś się dowiedziałem, a z drugiej mam ochotę sięgnąć po kolejny tom. Na pewno jest to lepsza powieść od Słonecznej Doliny, choć do doskonałości jej sporo brakuje.
50. Kryptonim Burza - Vladimir Wolff, Warbook 2012
Po tę książkę prawdopodobnie nigdy bym nie sięgnął, gdyby nie pozytywna recenzja na Polterze i moja chęć poszukiwania dobrej polskiej fantastyki. Tajemniczy, ukrywający się pod pseudonimem autor postanawia pogdybać w historii i tworzy świat, w którym wojna w 1939 roku nie wybucha. Do konfliktu dochodzi dopiero dwa lata później, kiedy Związek Radziecki atakuje Polskę. Wolff zręcznie znajduje równowagę pomiędzy walką wywiadów, polem bitwy i planowaniem działań w ciepłych gabinetach. Z tekstu bije pasja autora, widać, że merytorycznie dobrze się przygotował do napisania powieści. Mimo że nazwy własne uzbrojenia, zarówno polskiego jak i rosyjskiego, pojawiają się w utworze dość często, ani raz nie czułem się nimi przytłoczony, a znawcą militariów nie jestem. Jest to świetna literatura wojenna, napisana z polotem i trzymająca w napięciu. Jeśli okaże się, że nie jest to jednorazowe wspięcie się na wysoki poziom, a Operacja Pętla również okaże się dobrą powieścią, będę miał kolejnego autora na liście "Kupuję w ciemno".
51. I dusza moja - Michał Cetnarowski, Powergraph 2013
Dobry mainstreamowy thriller, w którym wątek fantastyczny jest tylko światem fantazji jednego z bohaterów. Cetnarowskiemu świetnie udaje się stworzyć atmosferę zagrożenia w podwrocławskiej szkole, w której dochodzi do strzelaniny. Autor trzyma w napięciu, cały czas pozostawiając napastnika w cieniu, nie pokazuje go, a przedstawia jedynie efekty jego działań. Interesującym zabiegiem jest przedstawienie wydarzeń z perspektywy kilku osób, skupienie się na ich przemyśleniach w sytuacji, która ich przerasta. Same wydarzenia w szkole są zaś sprawą drugorzędną, ważniejsze jest zachowanie ludzi w ich obliczu. Jedynym niepasującym do całości elementem wydaje się być wspomniany wątek fantastyczny, choć jego obecność daje się uzasadnić. Jak do tej pory Kontrapunkty mnie nie zawodzą.
52. Mongolia. Wyprawy w tajgę i step - Bolesław A. Uryn, Bernardinum 2005
Tę książkę zaiwaniłem z półki Narzeczonej. Autor opisuje swoje wielokrotne podróże do Mongolii, kraju, o którym w Polsce wiadomo tylko tyle, że istnieje gdzieś między Rosją a Chinami. Przekazuje mnóstwo informacji na temat ludzi żyjących na stepie i ich zwyczajów, opisuje wyprawy w miejsca, gdzie stopa ludzka nie zwykła stawać, walkę z ekstremalnymi warunkami w niesłychanie zmiennej pogodzie i zachwyca się lokalnymi krajobrazami. Ten zachwyt udziela się na tyle, że ma ochotę się zwiedzić ten dziki i mało zaludniony kraj (przy pięciokrotnie większej od Polski powierzchni zamieszkuje go piętnaście razy mniej mieszkańców). Wszystko okraszone jest sporą ilością zdjęć. Książkę czyta się dobrze, choć momentami kuleje styl tekstu (dość często zdarzają się powtórzenia), ale nie wiem, ile w tym winy autora, a ile wydawcy, który przyznaje się do znacznego zmniejszenia objętości notatek autora.
53. Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek - Rafał Kosik, Powergraph 2010
Kolejną opowieść o trójce przyjaciół z warszawskiego gimnazjum Kosik postanowił podzielić na dwa tomy, co sprawiło, że na pierwszych ponad 400 stronach nie zakończył w zasadzie żadnego z rozpoczętych wątków, a wprowadził ich sporo. Oczywiście bohaterowie jak zwykle przez swoją ciekawość pakują się w kłopoty, tym razem wystrzeliwując rakietę na orbitę okołoziemską. Próba uniknięcia odpowiedzialności i zapobieżenia upadkowi "statku kosmicznego" na skupiska ludzkie stanowi główną oś fabularną utworu. Kosik kolejny raz umieszcza w powieści wartości dydaktyczne - tym razem porusza problem alkoholu wśród uczniów, a także pokazuje jak może wyglądać życie pod jednym dachem z niemowlakami. Autor nie byłby sobą, gdyby w humorystyczny sposób nie skomentował otaczającej nas rzeczywistości. Oberwało się politykom i programom typu Gwiazdy robią kupę. Fabuła wciąga i nie pozwala się oderwać, jedynie postać Neta mnie irytuje. Kosik, tworząc cykl, zaprzecza popularnej tezie, że im późniejszy tom, tym niższa jego jakość. Orbitalny Spisek jest moim numerem dwa po Teoretycznie Możliwej Katastrofie. Pozostaje jak najszybciej nabyć jego drugą część.
54. Nova Swing - M. John Harrison, MAG 2011
Drugi tom cyklu Trakt Kefahuchiego można czytać bez znajomości Światła, ale nie jest to zalecane. Gdzieniegdzie pojawiają się nawiązania do poprzedniej części, choć prawdę mówiąc, są one jedynie dodatkowym smaczkiem. Harrison nie podjął się tym razem dokładniejszego opisu świata, w którym poruszają się bohaterowie, wychodząc z założenia, że przybliżył go w pierwszym tomie. Najmocniejszą stroną powieści są bohaterowie - ciekawi, każdy z jakimś dziwactwem, mający problemy z dostosowaniem się do otaczającego ich świata. Świetnie przedstawiony został również nastrój barów i spelun, w których rozgrywa się znaczna część akcji, przywołujący u mnie skojarzenia z powieściami noir. Co się autorowi niebyt udało, to warstwa fabularna utworu, która jest po prostu mało porywająca. Sama Strefa, wokół której kręci się akcja, jest bezpośrednim nawiązaniem do Pikniku na skraju drogi braci Strugackich (co ciekawe, przez zupełny przypadek przeczytałem obie książki jedną po drugiej), ale zaprezentowana została bez polotu. Szkoda, że Nova Swing nie sprostała oczekiwaniom rozbudzonym przez Światło.
55. Piknik na skraju drogi - Arkadij i Borys Strugaccy, Prószyński i S-ka 2011
Tę kultową powieść Strugackich kupiłem jako lekturę do czytania w oczekiwaniu na jedzenie w Sfinksie. Przy okazji zakup wpisał się w plan zapoznawania się z klasyką fantastyki, której wstyd nie znać. Autorzy pozostawiają sporo niedomówień, wielu rzeczy nie wyjaśniają, każą czytelnikowi snuć domysły na temat Stref (w których na moment wylądowali obcy). Czytając, odniosłem wrażenie, że to nie Red, ale właśnie Strefa jest głównym bohaterem utworu. Strugackim świetnie udało się oddać nastrój nieustannego zagrożenia w tym miejscu. Kolejnym niezłym manewrem jest przedstawienie metamorfozy Reda na przestrzeni kilku lat, od pełnego wigoru stalkera po zniszczonego człowieka. Przyczepię się natomiast do długości powieści. Zakończenie zostało tak skonstruowane, że spokojnie można było dopisać jeszcze jeden lub dwa rozdziały. Nieco raził mnie również brak ciągłości między poszczególnymi rozdziałami, choć jestem w stanie go zrozumieć - dzięki temu lepiej widać przemianę bohatera. Jest to naprawdę bardzo dobry utwór, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego uzyskał status kultowego.
Etykiety:
Cebula,
Cetnarowski,
Darda,
Dębski E.,
Drzewiński,
Harrison M.J.,
Kosik,
Miłosz,
Orbitowski,
Ostachowicz,
Strugaccy,
Surmiak,
Uryn,
Uznański,
Wolff,
Wolski
wtorek, 30 kwietnia 2013
Przeczytane. Kwiecień 2013
Kwiecień sponsorowany jest przez liczbę 2012. Zdecydowana większość książek (poza Ojcem chrzestnym) wydana została w zeszłym roku i sięgnąłem po nią w związku ze zbliżającym się terminem nominowania utworów do Nagrody Zajdla. Narzeczona wróciła z zagranicznych wojaży, ale nie wpłynęło to negatywnie na moje czytelnictwo i zamknąłem kwiecień trzynastoma pozycjami, co łącznie daje w tym roku już 42 przeczytane książki, czyli wynik o dziewięć sztuk lepszy od zaplanowanej liczby. Plan 100 książek w rok wydaje się więc bardzo realny. Jakościowo kwietniowa literatura stała na gorszym poziomie niż przeczytana w marcu. Szczególnych gniotów nie czytałem, ale coraz częściej trafiały mi się książki w mojej ocenie przeciętne. Z drugiej strony patrząc, wyłowiłem również trzy perełki (Puzo, Cholewa i Huberath). Przy okazji zaspokoiłem swoje zapotrzebowanie na sf, którego akcja rozgrywa się w kosmosie.
30. Gamedec. Czas silnych istot. Księga 02 - Marcin Przybyłek, Fabryka Słów 2012
Tym razem nie będę się czepiał, że w kolejnym tomie Gamedeca Torkil nie jest już gamedekiem. Pomarudzę tylko na zbyt małą obecność tytułowego bohatera w powieści. Przybyłek pokazuje akcję widzianą oczami wielu bohaterów, przez co dla Torkila nieco brakuje miejsca, choć nadal jest on ponadprzeciętny, wspaniały, cudowny i nie popełnia błędów. Mimo że druga księga Czasu silnych istot nie do końca spełniła moje oczekiwania, przyznać muszę, że jest to naprawdę dobre militarne sf w epoce transhumanistycznej. Opowiadana historia dotyczy kosmicznej wojny ludzkiego Imperium z Thirami, została bardzo sprawnie napisana i w żadnym momencie nie nuży, choć pewne elementy fabuły wydają się całkowicie zbędne (na przykład postać Zabulona). Miłym akcentem jest pokazanie, co się dzieje z kobietami Torkila (przynajmniej z tymi, które pamiętam z Granicy rzeczywistości). Przydać się też może słowniczek umieszczony na końcu książki (ten sam, który znajduje się w pierwszym tomie), który wyjaśnia obce terminy i przybliża skrócone biografie poszczególnych bohaterów, na szczęście umieszczone zostały w odpowiednich miejscach ostrzeżenia o spoilerach poprzednich części.
31. Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta - Konrad T. Lewandowski, RM 2012
Już na początku strzał w stopę. Jeśli kończy się jeden tom cliffhangerem, to wypadałoby kolejny od tegoż cliffhangera rozpocząć, jednak Lewandowski postanawia przesunąć akcję do przodu i nagle pan Stanisław Lawendowski znajduje się na szlaku i zmierza do Warszawy. Tam bawi się w detektywa i pilnuje porządku w mieście w czasie trwania sejmu. Niby jest to kryminał, ale jakiś taki dziwny, bo od początku wiadomo, kto jest tym złym. Do tego razi mnie antyklerykalizm powieści, według której za całe zło świata odpowiadają jezuici do spółki z papieżem. Tym, co ratuje książkę, jest styl - lekko dowcipny, sprawnie opisujący wydarzenia, przez co poznawanie lektury jest przyjemnym procesem. Na plus należy także zaliczyć sposób wprowadzenia wątków fantastycznych do fabuły. Efektem końcowym jest niestety przeciętna powieść, znacznie słabsza od pierwszego tomu. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnej części autor wróci do poziomu prezentowanego w Czarnej Wierzbie.
32. Ojciec chrzestny - Mario Puzo, Albatros 2009
Książkę podrzuciła mi Narzeczona i jak na razie jest to najlepsza rzecz, jaką w tym roku przeczytałem. Puzo świetnie oddaje klimat włoskiej mafii w Stanach Zjednoczonych, potrafi tak przedstawić bohaterów, że gangsterzy są odbierani jako postacie pozytywne, głównie dzięki takim cechom jak honor i lojalność. Akcja przez cały czas trzyma w napięciu, zwłaszcza jeśli czytelnik nie oglądał filmu Coppoli - ja oglądałem dawno temu i dopiero w trakcie lektury przypominałem sobie poszczególne sceny. Słabych stron powieści nie zaobserwowałem. Feministki mogą być oburzone sposobem przedstawienia kobiet, które są własnością swoich mężów, mają zajmować się domem i nigdy nie pytać o "interesy". Z pewnością, jeśli uporam się z bieżącą literaturą (rok 2012 i 2013), sięgnę po resztę twórczości Puzo.
33. Skecz zwany morderstwem - Marcin Wolski, Zysk i S-ka 2012
Kolejny w tym miesiącu kryminał. Tym razem rzecz dzieje się u schyłku PRL-u. Bohaterem jest Bogdan Zabielski, funkcjonariusz MO, który postanawia rozwikłać, wbrew woli swoich przełożonych, sprawę porwania młodej dziewczyny. Sam milicjant jest przedstawiony jako rycerz bez skazy, idealista, co zdecydowanie odróżnia go od kolegów z resortu, którzy troszczą się tylko o to, żeby mieć w pracy święty spokój. Intryga kręci się wokół grupy estradowej, której życie sprowadza się do występów, libacji i przygodnego seksu z fankami. Jako że Wolski w swoim życiu trochę na estradzie występował, można przypuszczać, że zachowanie książkowych artystów nie odbiega wiele od rzeczywistego. Bardzo dobrze przedstawione zostały także realia końca lat 80. Fantastyki tu w zasadzie nie ma, jeśli pominąć prorocze sny matki Bogdana, wieszczącą żebraczkę na Jasnej Górze i postpeerelowskie przywidzenia partnerki bohatera. Wolski po raz kolejny mnie nie zawiódł.
34. Science fiction po polsku - antologia, Paperback 2012
Antologia pod redakcją Ani Kańtoch zawiera opowiadania z różnych gatunków sf. Niestety mało które z nich wybija się ponad przeciętność, w większości przypadków lektura pozostawia niedosyt. Takie odczucie pozostawiła u mnie Obroża Ćwieka - oparta na ciekawym pomyśle aż prosi się o rozwinięcie. Największy plus należy się Agnieszce Hałas za Opowieść o śpiących królewnach, socjologiczne sf o bardzo dobrze poprowadzonej fabule i zaskakującym zakończeniu. Spośród trzech debiutantów na rynku wydawniczym najlepiej poradził sobie Szymon Stoczek Samolubnym genem, w którym przedstawił świat, gdzie rodzice zwierają układ w sprawie procentowej zawartości genów każdego z nich u dziecka. Pozostali dwaj również nieźle się zaprezentowali, choć Księdza Marka trzy spotkania z demonem Artura Laisena kończą się zbyt szybko i pozostawiły mnie z poczuciem, że coś się jeszcze powinno wydarzyć. Bardzo słabych opowiadań na szczęście nie znalazłem.
35. Gambit - Michał Cholewa, Warbook 2012
Ciekawy debiut na rynku książkowym. Cholewa stworzył świat, w którym sztuczne inteligencje zostały zainfekowane "chińskim wirusem" i zwariowały, buntując się przeciwko ludziom. W erze podróży kosmicznych sprawiło to, że znaczna część statków została zagubiona w przestrzeni. W takiej scenerii rozgrywa się wojna o planety i ich zasoby pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Bohaterami powieści są żołnierze Czterdziestego Regimentu UE wysłani z misją na planetę New Quebec, ze względu na warunki naturalne pieszczotliwie zwaną "Bagnem". Autor sprawnie opisuje działania wojenne, nie popadając przy tym w militarystyczny bełkot i nie sprowadzając fabuły do ciągu strzelanin. Bohaterowie sprawiają, że da się ich lubić (z jednym wyjątkiem) lub nienawidzić, jak w przypadku zimnego sukinsyna Brisbane'a. Niestety Cholewa słabo wykreował główną postać powieści, Marcina Wierzbowskiego, który jest po prostu nijaki. O ile o większości żołnierzy można powiedzieć coś ciekawego (czasem więcej, czasem mniej), to w przypadku "Wierzby" jest z tym problem, mimo że wiadomo o nim najwięcej. Nie ma co jednak narzekać - jest to bardzo dobra lektura, co należy tym bardziej docenić, jako że jest to debiutancka powieść Cholewy.
36. Silentium universi - Dariusz Domagalski, Fabryka Słów 2012
Twórczość Domagalskiego jak do tej pory mnie nie zachwyciła, ale z drugiej strony nie sprawiła, że miałem ochotę rzucić jego książki w ogień, tym bardziej, że w roli luźnego czytadła sprawdzają się one dość dobrze, więc bez większych oporów sięgnąłem po Silentium universi. Tym razem autor postanowił uraczyć czytelników literaturą hard sf. Astronomowie odkryli planetę w układzie Alfa Centauri, na której panują warunki zbliżone do ziemskich. Wobec przeludnienia Ziemi i potrzeby znalezienia nowego miejsca zamieszkania dla człowieka, zorganizowana zostaje ekspedycja mająca na celu założenie bazy na Raju Utraconym, jak ochrzczone zostaje nowo odkryte ciało niebieskie. Większość powieści stanowi opis podróży do Raju, a żeby nie było nudno, we wszystko mieszają się dwa stronnictwa, z których jedno dąży do sukcesu misji (z sobie znanych powodów), a drugie zamierza ją sabotować. Wydaje się, że Domagalski odrobił lekcje i pod względem naukowym nieźle się przygotował do pisania. Ja wyłapałem tylko jednego babola - autor pisze, że sawanna graniczy z tundrą, co jest raczej w warunkach zbliżonych do ziemskich mało realne (sawanny występują w strefie podrównikowej, tundra w subarktycznej). Co jest charakterystyczne dla jego twórczości, Domagalski porusza temat religii i, choć koncepcja przedstawiona w powieści nie jest wybitnie oryginalna, nie przeszkadzało mi to w pozytywnym odbiorze lektury. Jest to najlepsza książka Domagalskiego, jaką przeczytałem, choć nie wychodzi ona z roli czytadła.
37. Fausteria (powieść antyhagiograficzna) - Wojciech Szyda, Narodowe Centrum Kultury 2012
Tę książkę ciężko mi ocenić. Przeważająca część utworu opowiadająca o życiu młodej malarki posługującej się pseudonimem artystycznym "Fausteria", czy później "Faustheria" wciąga, mimo że nie jest dynamiczna. Stanowią ją rozważania na temat sztuki i krytyka sztuki komercyjnej, gdzie kontrakty podpisywane przez artystów porównywane są do cyrografów. Fabuła utrzymuje czytelnika przy lekturze, mimo że dość wcześnie wiadomo, jak się ona zakończy. Oprócz głównego wątku pojawiają się fragmenty przedstawiające Polskę, w której nie miały miejsca objawienia świętej Faustyny Kowalskiej, Polskę bez Bożego Miłosierdzia. Prawdę mówiąc, gdyby nie nota wydawcy i komentarz Lecha Jęczmyka na okładce, prawdopodobnie nie domyśliłbym się, czego one dotyczą i jaka jest ich rola w utworze.
38. Alkaloid - Aleksander Głowacki, Powergraph 2012
Wynudziłem się. Utwór promowany hasłami typu "Co by było, gdyby Wokulski..." z Lalką Prusa wspólnych ma tylko niektórych bohaterów i jako taki jest przeze mnie odbierany jako marketingowe żerowanie na znacznie popularniejszej powieści. Akcja toczy się wokół narkotyku o nazwie "Alka" nawiązującej do tytułu lektury szkolnej. Używka ta wyzwala u ludzi supermoce i silnie uzależnia. To dzięki niej Zulusi, którzy jako jedyni potrafią ją wytwarzać, są potęgą i to na niej majątku dorobił się Wokulski. I to dzięki niej walki toczone na kartach utworu wyglądają jak wyjęte z Matrixa. Powieść sprawia wrażenie niespójnej, każda z czterech części, na które jest podzielona, mogłaby istnieć jako samodzielny utwór (miałem wrażenie, że czytam zbiór opowiadań), w zasadzie dopiero ostatnia część spaja powieść jako tako w jedną całość. Jedynym, co zostawiło pozytywne wrażenie jest zakończenie, do którego tak bardzo chciałem dobrnąć.
39. Chłopcy - Jakub Ćwiek, SQN 2012
Kolejny w tym roku kontakt z Ćwiekiem i po raz kolejny czuję się usatysfakcjonowany. Tym razem autor wziął na tapetę Piotrusia Pana, a zwłaszcza jego Zaginionych Chłopców i wyprodukował zbiór powiązanych ze sobą fabularnie opowiadań, gdzie tytułowi Chłopcy dorośli i utworzyli gang motocyklowy pod przewodnictwem Dzwoneczka. Ćwiek jak zwykle potrafił wykreować ciekawych bohaterów, choć pozostawił sporo luk w ich historii i aż prosi się o kolejny tom, gdzie pewne rzeczy zostałyby wyjaśnione. Poruszona jest też kwestia dorosłości, która jak się okazuje nie musi być tak fajna jak dzieciństwo (o czym dorośli już wiedzą, a nieletni dopiero się przekonają). Autor po raz kolejny pokazuje, że z popkulturą radzi sobie świetnie i tylko żal, że książka kończy się tak szybko.
40. Paskuda & Co. - Magdalena Kozak, Fabryka Słów 2012
Z twórczością Magdaleny Kozak nie miałem do tej pory znaczącego kontaktu. Chyba jedynym jej utworem, jaki przeczytałem było bardzo dobre opowiadanie Strasznie mi się podobasz. Z pewnymi nadziejami przystępowałem więc do lektury Paskudy & Co., zbioru krótkich opowiadań o Księżniczce, jej Strażniku i tytułowej smoczycy. Kozak wywraca do góry nogami baśnie, w których dzielni rycerze ratują zniewolone księżniczki. Tym razem co prawda Księżniczka siedzi w wieży, ale tylko dlatego, że taka jest tradycja, Paskuda jest całkiem miłym zwierzątkiem, a Strażnik bardzo chciałby być rycerzem. Rycerze za to są bardzo wadliwi i chcą pokonać bestię wyłącznie dla własnych korzyści. Kozak stworzyła bardzo ciekawą parodię, gdzie humor nie jest nachalny i nie świeci czytelnikowi neonem "Śmiej się teraz". Do ręki dostałem bardzo dobre czytadło, którego zakończenie daje nadzieję na kolejny tom.
41. Portal zdobiony posągami - Marek S. Huberath, Fabryka Słów 2012
Najnowsza powieść Huberatha jest drugim jego dziełem, po Vatranie Auraio, z którym miałem styczność. Tym razem jego wyobraźnia umieszcza bohaterów na dziwnej konferencji historyków sztuki. Świat przedstawiony jest dość chaotyczny, ukazany jest on bowiem z perspektywy Ioanneosa, słuchacza wykładów, który niezbyt rozumie prawa rządzące otoczeniem, a które poznaje wraz z rozwojem fabuły. Huberath fenomenalnie kreuje postacie, miejsca i wydarzenia, przez co ciężko oderwać się od lektury. Nieco monotonna wydaje się jedynie wędrówka Ioanneosa, ale i podczas niej odwiedzane przez bohatera miejsca urzekają. Intryguje mnie tylko, dlaczego przy opisach kobiet autor tak bardzo skupia się na ich piersiach. Swoją drogą skupienie to jest obrazowane ilustracjami Jarosława Musiała (ci, którzy mieli styczność z jego twórczością, wiedzą, że on nagiej piersi nie przepuści). Co by nie mówić, zachwyciłem się Portalem...
42. Czarny Wygon. Słoneczna Dolina - Stefan Darda, Videograf 2012
Jak tylko zorientowałem się, że Stefan Darda w zeszłym roku opublikował trzeci tom Czarnego Wygonu zrozumiałem, że i tym razem jego fani nominują go do Nagrody Zajdla. Chcąc oddać rzetelny głos, postanowiłem się zapoznać z całym cyklem, a że dodatkowo od dawna nie czytałem żadnego horroru, tym chętniej sięgnąłem po Słoneczną Dolinę. Niestety rozczarowałem się. Zawiązanie akcji w formie listu Witolda, głównego bohatera, do kolegi z pracy Adama, jest całkiem w porządku, nieźle budowany jest też nastrój podczas przyjazdu Witolda na Roztocze, ciekawym pomysłem jest umieszczenie akcji w tamtym zakątku Polski i to by było na tyle pozytywów. Fakt, że akcja toczy się w okolicy Zwierzyńca, nie ma znaczenia fabularnego (poza wzmianką, że robią tam dobre piwo - piłem i potwierdzam), fabuła jest do bólu przewidywalna, a nastroju grozy Dardzie nie udaje się utrzymać. Do tego dochodzą kwiatki językowe, jak "w niedalekiej oddali". Po kolejne tomy sięgnę, skoro już je zakupiłem, ale nie spodziewam się po nich niczego wielkiego (z drugiej strony, autor ma większą szansę pozytywnie mnie zaskoczyć). A porównanie ze Stephenem Kingiem jest żenującym chwytem marketingowym. Dobra literatura broni się sama. Tym razem nie wyszło.
30. Gamedec. Czas silnych istot. Księga 02 - Marcin Przybyłek, Fabryka Słów 2012
Tym razem nie będę się czepiał, że w kolejnym tomie Gamedeca Torkil nie jest już gamedekiem. Pomarudzę tylko na zbyt małą obecność tytułowego bohatera w powieści. Przybyłek pokazuje akcję widzianą oczami wielu bohaterów, przez co dla Torkila nieco brakuje miejsca, choć nadal jest on ponadprzeciętny, wspaniały, cudowny i nie popełnia błędów. Mimo że druga księga Czasu silnych istot nie do końca spełniła moje oczekiwania, przyznać muszę, że jest to naprawdę dobre militarne sf w epoce transhumanistycznej. Opowiadana historia dotyczy kosmicznej wojny ludzkiego Imperium z Thirami, została bardzo sprawnie napisana i w żadnym momencie nie nuży, choć pewne elementy fabuły wydają się całkowicie zbędne (na przykład postać Zabulona). Miłym akcentem jest pokazanie, co się dzieje z kobietami Torkila (przynajmniej z tymi, które pamiętam z Granicy rzeczywistości). Przydać się też może słowniczek umieszczony na końcu książki (ten sam, który znajduje się w pierwszym tomie), który wyjaśnia obce terminy i przybliża skrócone biografie poszczególnych bohaterów, na szczęście umieszczone zostały w odpowiednich miejscach ostrzeżenia o spoilerach poprzednich części.
31. Diabłu ogarek. Kolumna Zygmunta - Konrad T. Lewandowski, RM 2012
Już na początku strzał w stopę. Jeśli kończy się jeden tom cliffhangerem, to wypadałoby kolejny od tegoż cliffhangera rozpocząć, jednak Lewandowski postanawia przesunąć akcję do przodu i nagle pan Stanisław Lawendowski znajduje się na szlaku i zmierza do Warszawy. Tam bawi się w detektywa i pilnuje porządku w mieście w czasie trwania sejmu. Niby jest to kryminał, ale jakiś taki dziwny, bo od początku wiadomo, kto jest tym złym. Do tego razi mnie antyklerykalizm powieści, według której za całe zło świata odpowiadają jezuici do spółki z papieżem. Tym, co ratuje książkę, jest styl - lekko dowcipny, sprawnie opisujący wydarzenia, przez co poznawanie lektury jest przyjemnym procesem. Na plus należy także zaliczyć sposób wprowadzenia wątków fantastycznych do fabuły. Efektem końcowym jest niestety przeciętna powieść, znacznie słabsza od pierwszego tomu. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnej części autor wróci do poziomu prezentowanego w Czarnej Wierzbie.
32. Ojciec chrzestny - Mario Puzo, Albatros 2009
Książkę podrzuciła mi Narzeczona i jak na razie jest to najlepsza rzecz, jaką w tym roku przeczytałem. Puzo świetnie oddaje klimat włoskiej mafii w Stanach Zjednoczonych, potrafi tak przedstawić bohaterów, że gangsterzy są odbierani jako postacie pozytywne, głównie dzięki takim cechom jak honor i lojalność. Akcja przez cały czas trzyma w napięciu, zwłaszcza jeśli czytelnik nie oglądał filmu Coppoli - ja oglądałem dawno temu i dopiero w trakcie lektury przypominałem sobie poszczególne sceny. Słabych stron powieści nie zaobserwowałem. Feministki mogą być oburzone sposobem przedstawienia kobiet, które są własnością swoich mężów, mają zajmować się domem i nigdy nie pytać o "interesy". Z pewnością, jeśli uporam się z bieżącą literaturą (rok 2012 i 2013), sięgnę po resztę twórczości Puzo.
33. Skecz zwany morderstwem - Marcin Wolski, Zysk i S-ka 2012
Kolejny w tym miesiącu kryminał. Tym razem rzecz dzieje się u schyłku PRL-u. Bohaterem jest Bogdan Zabielski, funkcjonariusz MO, który postanawia rozwikłać, wbrew woli swoich przełożonych, sprawę porwania młodej dziewczyny. Sam milicjant jest przedstawiony jako rycerz bez skazy, idealista, co zdecydowanie odróżnia go od kolegów z resortu, którzy troszczą się tylko o to, żeby mieć w pracy święty spokój. Intryga kręci się wokół grupy estradowej, której życie sprowadza się do występów, libacji i przygodnego seksu z fankami. Jako że Wolski w swoim życiu trochę na estradzie występował, można przypuszczać, że zachowanie książkowych artystów nie odbiega wiele od rzeczywistego. Bardzo dobrze przedstawione zostały także realia końca lat 80. Fantastyki tu w zasadzie nie ma, jeśli pominąć prorocze sny matki Bogdana, wieszczącą żebraczkę na Jasnej Górze i postpeerelowskie przywidzenia partnerki bohatera. Wolski po raz kolejny mnie nie zawiódł.
34. Science fiction po polsku - antologia, Paperback 2012
Antologia pod redakcją Ani Kańtoch zawiera opowiadania z różnych gatunków sf. Niestety mało które z nich wybija się ponad przeciętność, w większości przypadków lektura pozostawia niedosyt. Takie odczucie pozostawiła u mnie Obroża Ćwieka - oparta na ciekawym pomyśle aż prosi się o rozwinięcie. Największy plus należy się Agnieszce Hałas za Opowieść o śpiących królewnach, socjologiczne sf o bardzo dobrze poprowadzonej fabule i zaskakującym zakończeniu. Spośród trzech debiutantów na rynku wydawniczym najlepiej poradził sobie Szymon Stoczek Samolubnym genem, w którym przedstawił świat, gdzie rodzice zwierają układ w sprawie procentowej zawartości genów każdego z nich u dziecka. Pozostali dwaj również nieźle się zaprezentowali, choć Księdza Marka trzy spotkania z demonem Artura Laisena kończą się zbyt szybko i pozostawiły mnie z poczuciem, że coś się jeszcze powinno wydarzyć. Bardzo słabych opowiadań na szczęście nie znalazłem.
35. Gambit - Michał Cholewa, Warbook 2012
Ciekawy debiut na rynku książkowym. Cholewa stworzył świat, w którym sztuczne inteligencje zostały zainfekowane "chińskim wirusem" i zwariowały, buntując się przeciwko ludziom. W erze podróży kosmicznych sprawiło to, że znaczna część statków została zagubiona w przestrzeni. W takiej scenerii rozgrywa się wojna o planety i ich zasoby pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Bohaterami powieści są żołnierze Czterdziestego Regimentu UE wysłani z misją na planetę New Quebec, ze względu na warunki naturalne pieszczotliwie zwaną "Bagnem". Autor sprawnie opisuje działania wojenne, nie popadając przy tym w militarystyczny bełkot i nie sprowadzając fabuły do ciągu strzelanin. Bohaterowie sprawiają, że da się ich lubić (z jednym wyjątkiem) lub nienawidzić, jak w przypadku zimnego sukinsyna Brisbane'a. Niestety Cholewa słabo wykreował główną postać powieści, Marcina Wierzbowskiego, który jest po prostu nijaki. O ile o większości żołnierzy można powiedzieć coś ciekawego (czasem więcej, czasem mniej), to w przypadku "Wierzby" jest z tym problem, mimo że wiadomo o nim najwięcej. Nie ma co jednak narzekać - jest to bardzo dobra lektura, co należy tym bardziej docenić, jako że jest to debiutancka powieść Cholewy.
36. Silentium universi - Dariusz Domagalski, Fabryka Słów 2012
Twórczość Domagalskiego jak do tej pory mnie nie zachwyciła, ale z drugiej strony nie sprawiła, że miałem ochotę rzucić jego książki w ogień, tym bardziej, że w roli luźnego czytadła sprawdzają się one dość dobrze, więc bez większych oporów sięgnąłem po Silentium universi. Tym razem autor postanowił uraczyć czytelników literaturą hard sf. Astronomowie odkryli planetę w układzie Alfa Centauri, na której panują warunki zbliżone do ziemskich. Wobec przeludnienia Ziemi i potrzeby znalezienia nowego miejsca zamieszkania dla człowieka, zorganizowana zostaje ekspedycja mająca na celu założenie bazy na Raju Utraconym, jak ochrzczone zostaje nowo odkryte ciało niebieskie. Większość powieści stanowi opis podróży do Raju, a żeby nie było nudno, we wszystko mieszają się dwa stronnictwa, z których jedno dąży do sukcesu misji (z sobie znanych powodów), a drugie zamierza ją sabotować. Wydaje się, że Domagalski odrobił lekcje i pod względem naukowym nieźle się przygotował do pisania. Ja wyłapałem tylko jednego babola - autor pisze, że sawanna graniczy z tundrą, co jest raczej w warunkach zbliżonych do ziemskich mało realne (sawanny występują w strefie podrównikowej, tundra w subarktycznej). Co jest charakterystyczne dla jego twórczości, Domagalski porusza temat religii i, choć koncepcja przedstawiona w powieści nie jest wybitnie oryginalna, nie przeszkadzało mi to w pozytywnym odbiorze lektury. Jest to najlepsza książka Domagalskiego, jaką przeczytałem, choć nie wychodzi ona z roli czytadła.
37. Fausteria (powieść antyhagiograficzna) - Wojciech Szyda, Narodowe Centrum Kultury 2012
Tę książkę ciężko mi ocenić. Przeważająca część utworu opowiadająca o życiu młodej malarki posługującej się pseudonimem artystycznym "Fausteria", czy później "Faustheria" wciąga, mimo że nie jest dynamiczna. Stanowią ją rozważania na temat sztuki i krytyka sztuki komercyjnej, gdzie kontrakty podpisywane przez artystów porównywane są do cyrografów. Fabuła utrzymuje czytelnika przy lekturze, mimo że dość wcześnie wiadomo, jak się ona zakończy. Oprócz głównego wątku pojawiają się fragmenty przedstawiające Polskę, w której nie miały miejsca objawienia świętej Faustyny Kowalskiej, Polskę bez Bożego Miłosierdzia. Prawdę mówiąc, gdyby nie nota wydawcy i komentarz Lecha Jęczmyka na okładce, prawdopodobnie nie domyśliłbym się, czego one dotyczą i jaka jest ich rola w utworze.
38. Alkaloid - Aleksander Głowacki, Powergraph 2012
Wynudziłem się. Utwór promowany hasłami typu "Co by było, gdyby Wokulski..." z Lalką Prusa wspólnych ma tylko niektórych bohaterów i jako taki jest przeze mnie odbierany jako marketingowe żerowanie na znacznie popularniejszej powieści. Akcja toczy się wokół narkotyku o nazwie "Alka" nawiązującej do tytułu lektury szkolnej. Używka ta wyzwala u ludzi supermoce i silnie uzależnia. To dzięki niej Zulusi, którzy jako jedyni potrafią ją wytwarzać, są potęgą i to na niej majątku dorobił się Wokulski. I to dzięki niej walki toczone na kartach utworu wyglądają jak wyjęte z Matrixa. Powieść sprawia wrażenie niespójnej, każda z czterech części, na które jest podzielona, mogłaby istnieć jako samodzielny utwór (miałem wrażenie, że czytam zbiór opowiadań), w zasadzie dopiero ostatnia część spaja powieść jako tako w jedną całość. Jedynym, co zostawiło pozytywne wrażenie jest zakończenie, do którego tak bardzo chciałem dobrnąć.
39. Chłopcy - Jakub Ćwiek, SQN 2012
Kolejny w tym roku kontakt z Ćwiekiem i po raz kolejny czuję się usatysfakcjonowany. Tym razem autor wziął na tapetę Piotrusia Pana, a zwłaszcza jego Zaginionych Chłopców i wyprodukował zbiór powiązanych ze sobą fabularnie opowiadań, gdzie tytułowi Chłopcy dorośli i utworzyli gang motocyklowy pod przewodnictwem Dzwoneczka. Ćwiek jak zwykle potrafił wykreować ciekawych bohaterów, choć pozostawił sporo luk w ich historii i aż prosi się o kolejny tom, gdzie pewne rzeczy zostałyby wyjaśnione. Poruszona jest też kwestia dorosłości, która jak się okazuje nie musi być tak fajna jak dzieciństwo (o czym dorośli już wiedzą, a nieletni dopiero się przekonają). Autor po raz kolejny pokazuje, że z popkulturą radzi sobie świetnie i tylko żal, że książka kończy się tak szybko.
40. Paskuda & Co. - Magdalena Kozak, Fabryka Słów 2012
Z twórczością Magdaleny Kozak nie miałem do tej pory znaczącego kontaktu. Chyba jedynym jej utworem, jaki przeczytałem było bardzo dobre opowiadanie Strasznie mi się podobasz. Z pewnymi nadziejami przystępowałem więc do lektury Paskudy & Co., zbioru krótkich opowiadań o Księżniczce, jej Strażniku i tytułowej smoczycy. Kozak wywraca do góry nogami baśnie, w których dzielni rycerze ratują zniewolone księżniczki. Tym razem co prawda Księżniczka siedzi w wieży, ale tylko dlatego, że taka jest tradycja, Paskuda jest całkiem miłym zwierzątkiem, a Strażnik bardzo chciałby być rycerzem. Rycerze za to są bardzo wadliwi i chcą pokonać bestię wyłącznie dla własnych korzyści. Kozak stworzyła bardzo ciekawą parodię, gdzie humor nie jest nachalny i nie świeci czytelnikowi neonem "Śmiej się teraz". Do ręki dostałem bardzo dobre czytadło, którego zakończenie daje nadzieję na kolejny tom.
41. Portal zdobiony posągami - Marek S. Huberath, Fabryka Słów 2012
Najnowsza powieść Huberatha jest drugim jego dziełem, po Vatranie Auraio, z którym miałem styczność. Tym razem jego wyobraźnia umieszcza bohaterów na dziwnej konferencji historyków sztuki. Świat przedstawiony jest dość chaotyczny, ukazany jest on bowiem z perspektywy Ioanneosa, słuchacza wykładów, który niezbyt rozumie prawa rządzące otoczeniem, a które poznaje wraz z rozwojem fabuły. Huberath fenomenalnie kreuje postacie, miejsca i wydarzenia, przez co ciężko oderwać się od lektury. Nieco monotonna wydaje się jedynie wędrówka Ioanneosa, ale i podczas niej odwiedzane przez bohatera miejsca urzekają. Intryguje mnie tylko, dlaczego przy opisach kobiet autor tak bardzo skupia się na ich piersiach. Swoją drogą skupienie to jest obrazowane ilustracjami Jarosława Musiała (ci, którzy mieli styczność z jego twórczością, wiedzą, że on nagiej piersi nie przepuści). Co by nie mówić, zachwyciłem się Portalem...
42. Czarny Wygon. Słoneczna Dolina - Stefan Darda, Videograf 2012
Jak tylko zorientowałem się, że Stefan Darda w zeszłym roku opublikował trzeci tom Czarnego Wygonu zrozumiałem, że i tym razem jego fani nominują go do Nagrody Zajdla. Chcąc oddać rzetelny głos, postanowiłem się zapoznać z całym cyklem, a że dodatkowo od dawna nie czytałem żadnego horroru, tym chętniej sięgnąłem po Słoneczną Dolinę. Niestety rozczarowałem się. Zawiązanie akcji w formie listu Witolda, głównego bohatera, do kolegi z pracy Adama, jest całkiem w porządku, nieźle budowany jest też nastrój podczas przyjazdu Witolda na Roztocze, ciekawym pomysłem jest umieszczenie akcji w tamtym zakątku Polski i to by było na tyle pozytywów. Fakt, że akcja toczy się w okolicy Zwierzyńca, nie ma znaczenia fabularnego (poza wzmianką, że robią tam dobre piwo - piłem i potwierdzam), fabuła jest do bólu przewidywalna, a nastroju grozy Dardzie nie udaje się utrzymać. Do tego dochodzą kwiatki językowe, jak "w niedalekiej oddali". Po kolejne tomy sięgnę, skoro już je zakupiłem, ale nie spodziewam się po nich niczego wielkiego (z drugiej strony, autor ma większą szansę pozytywnie mnie zaskoczyć). A porównanie ze Stephenem Kingiem jest żenującym chwytem marketingowym. Dobra literatura broni się sama. Tym razem nie wyszło.
Etykiety:
antologie,
Cholewa,
Ćwiek,
Darda,
Domagalski,
Głowacki A.,
Huberath,
Kozak M.,
Lewandowski K.T.,
Przybyłek,
Puzo,
Szyda,
Wolski
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































